Noooooo to dzisiaj mija rok odkąd mogę dzielić się swoja twórczością z innymi, z osobami, które potrafią to docenić. Dziękuję za to że mimo tego ze nieraz nawaliłam i zaniedbywałam bloga to nadal czytaliście opowiadanie i nie opuściliście bloga. Dziękuje że broniliście mnie i bloga przed hejtami i nierozsądnymi osobami niedoceniającymi tego co pisze. Chcę również bardzo podziękować za wszystkie wejścia, komentarze, no za wszystko. A najważniejsze... Chcę podziękować poprzedniej współautorce za pomoc w prowadzeniu jak i aktualnej mojej kochanej Pyśce *,* Gdyby nie ona tak jak i wy już dawno bym skończyła pisać. Wiem, że czasem jest trudno ze mną wytrzymać Patrycjo, ale masz takie nerwy, że dajesz rade. Kocham Cię i wiedz, że nigdy nie zapomnę tego co zrobiłaś na tym blogu.
JESZCZE RAZ WSZYSTKIM DZIĘKUJE ZA TEN CAŁY ROK! KOCHAM WAS I NIGDY WAS NIE ZOSTAWIĘ!
PS: MIAŁ POJAWIĆ SIĘ ROZDZIAŁ, ALE SIĘ NIE POJAWIŁ STRASZNIE PRZEPRASZAM... NAWALIŁAM, ALE MAM ŻE WYBACZYCIE I ZROZUMIECIE, ALE ZA PARĘ DNI POPRAWKI I NIE DAJE RADY OGARNĄĆ WSZYSTKIEGO PO KOLEI..
środa, 20 sierpnia 2014
wtorek, 12 sierpnia 2014
Nie rozdział
Hej, hej niestety nie witam was rozdziałem, ale obiecuje, że do końca tego tygodnia się na pewno pojawi ^^
CHCĘ ZAPROSIĆ WAS DO CZYTANIA NASZEGO DRUGIEGO BLOGA:
http://cantletyoupassmeby.blogspot.com/
SERDECZNIE ZAPRASZAMY! <3
CHCĘ ZAPROSIĆ WAS DO CZYTANIA NASZEGO DRUGIEGO BLOGA:
http://cantletyoupassmeby.blogspot.com/
SERDECZNIE ZAPRASZAMY! <3
sobota, 9 sierpnia 2014
Rozdział 2 "Impreza i wypad na plaże"
Dedykacja dla Black777 oraz naszej kochanej Nicoli Lynch!
Po wszystkich
męczarniach związanych z nagrywaniem płyty, w końcu się nam udało. Udało się
nam skończyć tą genialną płytkę. Yeah! Nie wiem czemu, ale cieszę się jak
głupia. Wygłupialiśmy się z chłopakami, gdy nagle przyszedł do nas Marshal.
-Witajcie
kochani! – krzyknął radośnie, a potem podszedł do mnie i musnął delikatnie moją
dłoń, a z chłopakami przybił „żółwika”.
-Cześć Marshal –
odezwaliśmy się z uśmiechem na ustach.
-Wyczuwam chyba
znakomite humory. Skończyliście nagrywać? Jak wam się razem pracowało?
-Super!
Świetnie! Idealnie! – krzyknął Dean, Sean i Kit na co się jeszcze szerzej uśmiechnęłam.
-Jak się ma
taką piękną dziewczynę u boku… Chociaż czasem pokazuje swoje Różki, to wszystko
jest idealne. Nigdy nie pracowałem z lepszą osobą niż Laura. – odparł Kieran, a
ja Ne te słowa poczułam, że po raz kolejny się rumienię. Chwila
co? Znowu się zarumieniłam?
-No to bardzo
się cieszę, że się dogadaliście. Wasza płyta będzie idealna! Założę się, ze
waszym fanom na pewno się spodoba. A teraz wybaczcie, muszę coś jeszcze załatwić. Do
zobaczenia- krzyknął wychodząc.
-Do zobaczenia!
– krzyknęliśmy i wróciliśmy do wygłupiania się.
-Dobra kochani,
co teraz robimy? Płyta nagrana, mamy czas dla siebie jeszcze przez najbliższy miesiąc.
-Hmmmm, może
jakiś spacer, a potem dyskoteka? – Zapytał Kieran
Znam
krótko chłopaków, ale wiedziałam, że lubią imprezować.
-Myślę, że to
dobry pomysł- odparłam, a reszta kiwnęła potwierdzająco głową.
-No dobrze ślicznotko,
ale teraz powiedz ile potrzebujesz czasu? – Tym razem spytał Kit pokazując w
uśmiechu swoje białe ząbki.
-Dwie godziny
starczą… Tak, na pewno starczą – uśmiechnęłam się szeroko
-Okeeej o dwudziestej
będą u Ciebie, a teraz chodźmy, bo limuzyna czeka – powiedział Kieran i razem z
resztą zeszli na dół i weszli do auta.
Po piętnastu
minutach byliśmy pod moim hotelem.
-Do zobaczenia
o dwudziestej- Kieran pocałował mnie w policzek, a ja wysiadłam z auta
-Do
zobaczenia!- krzyknęłam wchodząc do budynku. Poszłam na recepcje, wzięłam kluczyk
i po chwili byłam na piętrze w którym znajduje się mój pokój. Gdy byłam już w
swoim apartamencie zdjęłam buty i od razu poszłam w stronę łazienki żeby wziąć kąpiel. Jak już skończyłam, wysuszyłam włosy i zabrałam się za zrobienie makijażu, bo
jakby nie patrzeć muszę jakoś wyglądać przy chłopakach, którzy swoja droga
okazali się naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Została mi jeszcze godzina, więc postanowiłam
odpalić laptopa i zadzwonić do Lynch’ów. Nie czekając długo na ekranie pojawiła
mi sie Delly, Paula, Monika i chłopcy. Oczywiście bez Rossa...
-Cześć kochani!
Jak tam w słonecznej Kali? I najważniejsze co u Rossa? Jak się ma?
-Cześć Lau! W Kalifornii upał, a u Rossa? Hymmm zawsze to samo. Jest pewnie gdzieś w domu
albo na mieście.
-Och? A tak naprawdę
to co z nim? Nie mówicie mi całej prawdy! Wiem to.
-Laura on się
zmienia! To nie do pomyślenia! Zrób coś. -krzyknęła Delly
-Co ja mogę zrobić?
Wracam dopiero za miesiąc, a jak dzwonie to nigdy go nie ma, albo jak dzwonie
na jego komórkę nie odbiera! -sama nie wiem czemu też zaczęłam krzyczeć
-Dobra uspokójmy
się wszyscy. -powiedziała Paula
- A co tam w Nowym Yorku Lau? Jak nagrania? O i jak ci przystojniacy co nagrywasz z nimi?- zapytała za Co
dostała kuksańca w bok od Rockyego.
-Skończyliśmy
nagrywać płytę, myślę, że będzie idealna, a co do chłopaków? Bardzo się cieszę,
że ich poznałam są naprawdę bardzo fajni.
Rozmawialiśmy
tak o wszystkim i o niczym, aż do drzwi mojego pokoju, ktoś zapukał. O Matko!
To już dwudziesta. Jak sądziłam, za drzwiami był Kieran, który swoją drogą bardzo ładnienie wyglądał. Laura Stop!
-Cześć kochana!
Gotowa? – chłopak pocałował mnie w policzek.
-No tak… Czekaj
chwile muszę pożegnać się z przyjaciółmi. – złapałam Kierana za rękę i
podeszliśmy do Laptopa.
-Ymmm,
słuchajcie to jest, to jest Kieran, chłopak z zespołu z którym nagrywałam płytę.
-Ummm.. Hej-
Rydel, Paula, Monika i chłopaki odpowiedzieli niepewnie, a w tym samym czasie w
salonie pojawił się Ross.
-Słuchajcie,
czy mogę wam porwać Laurę? Chcę z nią iść na spacer, a potem z chłopakami na imprezę. - odezwał się Kieran, a ja w kamerze zobaczyłam Rossa, serce zaczęło mi mocniej
walić, ale w końcu wydusiłam parę słów.
-Rossy! Co się
z Tobą do cholery dzieje?- krzyknęłam, a on? A on tylko powiedział
Miłej zabawy i
wyszedł z salonu. Serce mi w tym momencie pękło i poleciało kilkanaście łez,
Kieran wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł moją twarz.
-Dobrze, Laura
nie chcemy Cię dużej trzymać, więc zadzwoń jutro dobrze? -Delly się szeroko uśmiechnęła, wszyscy się
pożegnali, a ja wyłączyłam laptopa. Po tym wszystkim Kieran mnie mocno
przytulił, dziwnie się poczułam, ale nie chciałam od niego odchodzić. To był naprawdę dobry chłopak.
-Laura nie chcę
Cię ciągnąć na siłę, więc jak chcesz możemy odwołać dzisiejszy wieczór…
-Nie Kieran,
jest okej, poprawie makijaż i idziemy. W mgnieniu oka to zrobiłam, potem szybko
wróciłam do chłopaka, zamknęłam drzwi i razem z resztą udaliśmy się na miasto.
-Laura, mogę
wiedzieć kim były te osoby z którymi rozmawiałaś przez Internet? Dlaczego jak zobaczyłaś
tamtego chłopaka, popłynęły Ci łzy? Skrzywdził Cię?! Bo jak tak, to nie ręczę
za siebie.- powiedział Kieran, a Dean, Sean i Kit się na mnie dziwnie
popatrzyli.
-Nie chcę o tym
dzisiaj rozmawiać dobrze? Dzisiaj chce wszystko odreagować.- powiedziałam i
przytuliłam się do chłopaka.
-Dobrze, ale
opowiesz mi wszystko jutro dobrze?
-Oczywiście, to
co idziemy Zaszaleć?! – spytałam uradowana i zaczęłam tańczyć na chodniku, co z
tego, że ludzie się patrzyli na mnie jak na debilkę.
~Narrator~
Tym czasem w
domu Lynch’ów wszyscy byli zszokowani zachowaniem Rossa.
-Ross staje się
nie możliwy!- rzekł smutno Rocky
-Można to
zauważyć… Ostatnio byłem z Paulą i Moniką w sklepie i widziałem jak Ross lizał
się z jakąś laską- dopowiedział Ryland
-Chce mi się
płakać przez niego, co się stało z Moim braciszkiem? –Delly pociągnęła nosem i
usiadła na kanapie.
-Nie chce być
wredna, ale to wszystko wina Laury, gdyby ona nie wyjechała, to Ross nigdy się
by taki nie stał.- powiedziała smutno Paula
-Nie możemy jej
za to winić, przecież dostała szanse, ona zawsze marzyła o swojej płycie… A po
za tym ona nie wyjechała na zawsze.. Za miesiąc wróci tutaj, więc może postawi
go do pionu… Tak strasznie żałuje, że teraz nie ma tutaj z nami Rikera… Nie
chcę go teraz martwić, teraz powinien zająć się Vanessą, jeśli wiecie o co mi
chodzi- powiedział Rocky i lekko się uśmiechnął na swoje ostatnie słowa.
-Tak przy
okazji, niezły ten chłopak… Kieran on się chyba nazywał…- powiedziała Paula,
ale szybko zamilkła spotykając groźną minę Rocky’ego.
-Oj kochanie,
dobrze wiesz, że jesteś najlepszy – Paula podeszła do Rocky’ego i go pocałowała.
-Ej nie
będziemy cały dzień siedzieć w domu! Idziemy na plaże?- zaproponował Ratliff
-Jasne! Czemu
nie. No to szybko! Zbierać się!- zarządziła Delly i się uśmiechnęła
-Dobrze panie
Generale – odpowiedzieli wszyscy i się rozeszli.
Dwadzieścia
minut później rodzeństwo było gotowe, teraz tylko musiało zahaczyć o dom Moniki
I Pauli, ale to nie był żaden problem, gdyż ich dom znajdował się prawie przy
samej plaży. Przyjaciele wyszli krzycząc do Rossa.
-Ross idziemy
na plaże, a ty jak chcesz możesz dojść- niestety nie usłyszeli odpowiedzi, więc
zamknęli drzwi i podżyli w drogę. W tym czasie jak oni wyszli Ross zszedł na dół i włączył telewizor.
-No, a nie
mówiłem? Już sobie kogoś znalazła! A zresztą co mnie to interesuje? Nowy Ross,
Zły Ross, musi o niej zapomnieć!- pomyślał, machnął ręką i kontynuował oglądanie
telewizji.
Natomiast w
Nowym Yorku wszyscy świetnie się bawili, prawie… Wszyscy byli już pijani,
oprócz Kierana.
~Kieran~
Tak strasznie
zastanawia mnie fakt, dlaczego jak zobaczyła tego człowieka poleciały jej łzy?
A co jak ją skrzywdził?! Wtedy nie ręczę za siebie! Nikt nie ma prawa jej
skrzywdzić. Chłopaki się ze mnie nabijają, że się w niej zakochałem, ale to nie
prawda. Traktuje ją jak młodszą siostrzyczkę, zabiłbym jakby ktoś, coś jej zrobił.
Co z tego, że konsekwencje tego byłyby straszne… Rozmyślenia przerwał mi widok
Laury, która piła już drugą flaszkę, Sean, Dean i Kit byli już urąbani w cztery
dupy, no cóż… Oni trafią do domu, gorzej z małą. Jak najszybciej podbiegłem do
brunetki.
-Laura,
kochanie dość na dziś.
-Nie, Chce
jeszcze Kieran!
-Nie pozwalam
Ci, już i tak za dużo wypiłaś. Wracamy do domu!
-Przestań mi
rozkazywać okej, nie jesteś ani moją rodziną, ani moim chłopakiem! Rozumiesz?! – krzyknęła do mnie
-Laura! Ogarnij
się! Nie chce żeby coś Ci się stało! Zrozum, że martwię się o Ciebie!
-Dobra, dobra,
ale nie krzycz na mnie. – Złapałem brunetkę pod ramię i tak udaliśmy się do jej
apartamentu. Wyszliśmy na świeże powietrze, Laura się trochę ogarnęła i mogła
iść o własnych silach, ale cały czas na jej twarzy widniał smutek. Nie chciałem
jej zadręczać już pytaniami, wiec całą drogę szliśmy w ciszy. Po chwili doszliśmy
na miejsce.
-Kieran, a
gdzie Dean, Sean i Kit?- zapytała
-Wsadziłem ich
w taksówkę i pojechali do domu. – odpowiedziałem wyciągając z jej torebki klucz
od pokoju.
-Kieran Przepraszam, żE na Ciebie tak naskoczyłam... Jeszcze raz przepraszam...- powiedziała wchodząc
-Nic się nie stało. - Nie czekając długo wziąłem ją na ręce i położyłem na łóżku. Po chwili zasnęła, a przynajmniej mi się tak wydawało, ale jak chciałem wyjść złapała mnie za rękę i powiedziała, żebym został. No co ja mogłem?Nic nie mogłem! Nie mogę jej samej zostawić w takim stanie. Położyłem się obok niej, ona się przytuliła i tak po chwili zasnęliśmy.
-Kieran Przepraszam, żE na Ciebie tak naskoczyłam... Jeszcze raz przepraszam...- powiedziała wchodząc
-Nic się nie stało. - Nie czekając długo wziąłem ją na ręce i położyłem na łóżku. Po chwili zasnęła, a przynajmniej mi się tak wydawało, ale jak chciałem wyjść złapała mnie za rękę i powiedziała, żebym został. No co ja mogłem?Nic nie mogłem! Nie mogę jej samej zostawić w takim stanie. Położyłem się obok niej, ona się przytuliła i tak po chwili zasnęliśmy.
~Narrator~
Rodzeństwo jak
zrobiło się ciemno wróciło do domu, gdzie zastało Rossa, który spał z butelką
wina na kanapie, Nie chcieli go budzić, więc szybko zrobili sobie kolacje, zjedli
i wszyscy udali się do pokoju Delly, resztę wieczoru spędzili grając w karty i rozmawiając
o wszystkim i o niczym…
_________________
Hej, hej witam ponownie, jak widać zaszalałam i dodałam kolejny rozdział :)
Mam nadzieje, że się podobał.
Wybaczcie, ale nie miałam pomysłu na tyuł rozdziału, więc jest jaki jest :D
Dobrej Nocy!
-Renia *,*
_________________
Hej, hej witam ponownie, jak widać zaszalałam i dodałam kolejny rozdział :)
Mam nadzieje, że się podobał.
Wybaczcie, ale nie miałam pomysłu na tyuł rozdziału, więc jest jaki jest :D
Dobrej Nocy!
-Renia *,*
Rozdział 1 sez. II "Bad Boy i rozmowa"
Rozdział pisany z pomocą naszej Ani, której serdecznie dziękujemy <3
Dedykacja dla Black777 oraz naszej kochanej Nicoli Lynch!
~Laura~
W Nowym Jorku
jestem już od dwóch tygodni. Oprócz tego ze tęsknie za przyjaciółmi nic sie nie
dzieje. Rozmawiamy przez skype tylko boli mnie strasznie ze zawsze jak dzwonie
nie ma z nimi Rossa. Rocky mówił ze Ross wstydzi sie za to co mi powiedział,
ale widząc ten grymas na twarzy Delly sadze że to coś całkiem innego. Koniec końców poznaliśmy się. Zespól nosił nazwę
Room94 i są Brytyjczykami. Mieli cudowny akcent. Dla zabawy zaśpiewałam z nimi
jedna piosenkę, a mojemu producentowi tak to sie spodobało, ze teraz razem
robimy karierę. Kończę z moimi refleksjami. Dzisiaj mamy nagrywać ostatnia nutę
na nasz krążek.
Zjadłam śniadanie,
złapałam torebkę i wyszłam z apartamentu. Gdy byłam na dole kluczyk zostawiłam
w recepcji. Dwie minuty później pod hotel podjechała limuzyna w której
siedzieli chłopcy.
-hej hej heej!
Jak tam kochani? - zapytałam
-
Podekscytowani. Dzisiaj nagrywamy ostatni kawałek i wydajemy płytę...razem! -krzyknął
Kieran i przybił piątkę z rodzeństwem i kolegą, a mi puścił oczko. Zarumieniłam
się... Stop! Czemu sie zarumieniłam?!
Poczułam się
trochę dziwnie. Odwróciłam wzrok i przyłączyłam się do rozmowy.
-Już nie mogę
się doczekać.- rzekł Dean
-Ja też.-
odparł jego brat
-A co u ciebie
Laura?- zapytał Kit
-Również jestem
podekscytowana. Jestem bardzo ciekawa jak przyjmą to nasi fani.- odrzekłam
-Na pewno im
się spodoba. Przecież śpiewają to przystojni chłopcy i taka laska jak ty!-
rzucił Kieran, a wszyscy się zaśmialiśmy i ponownie poczułam jak na moją twarz
wkrada się rumieniec. Zasiadłam obok Kierana, a ten mnie do siebie przytulił i się
szeroko uśmiechnął. Udaliśmy się w drogę. Po nie całych piętnastu minutach
byliśmy już pod studiem.
-No, to co chłopaki?
Czas zacząć nagrywać ostatnią piosenkę, która zostanie hitem! Weszliśmy do
środka.
~Narrator~
Tym czasem w
słonecznej Kalifornii właśnie wschodziło słońce, zegarek wybił godzinę piątą.
-Gdzie on znów
się podziewa.- denerwowała się Rydel, ponieważ Ross nie wrócił na noc do domu.
Rozmyślenia blondynki przerwał trzask drzwi.
Do domu wszedł
roześmiany Ross z jakąś panna u boku.
-Dobra, dobra.
A teraz spadaj! - powiedział do szatynki
-Ale Ross mięliśmy
być razem! - krzyknęła z żalem
-Byliśmy razem!
Na imprezie! Czego chcesz więcej? Spadaj! – krzyknął, a rozpłakana dziewczyna wyszła
z ich domu. Całej sytuacji przyglądali się Ellington i Delly.
-Co Ty do
cholery jasnej człowieku robisz?- krzyknął Ell
-Jak to co?
BAAAWIE SIE!- odpowiedział i skierował się na gore po schodach śpiewając pod
nosem jakąś piosenkę.
-Ross stój!
Porozmawiaj ze mną.- powiedziała jego siostra. Chłopak na początku się
roześmiał ale jak zobaczył łzy w jej brązowych oczach od razu zmiękł
-Ok. Chodźmy.-
i skierowali się do jego pokoju.
~Rydel~
Weszliśmy do
pokoju Rossa. Pierwsze co zrobiłam to otworzyłam okno, Był tam straszny zaduch.
Na biurku leżały papiery po chipsach, a na podłodze puszki po piwach.
-Ross co robisz
ze swoim życiem?
-Pffff, a co mogę robić? Niszczę je!
-Bo co?! Debilu
nie rozumiesz że Ty się zmieniasz? Przestań zachowywać się jak "Emo
Ross" i niech wróci mój dawny, kochany Ross!
-Ale go już nie
ma!
-Ross przestań!
Co by powiedziała na to Lau. I powiedz mi co to była za panna?!- Chłopak po usłyszeniu
imienia Laury od razu się Spiął
-laury tu nie
ma. I wiesz? Pewnie mnie nienawidzi!, powiedziałem coś strasznego nie
rozumiesz? Pewnie nie chce mnie nawet widzieć. - w bezradności usiadł na łóżku
i złapał sie za głowę, a ja usiadałam obok niego.
-Braciszku, ona
zawsze jak dzwoni nie wita się. Na wstępie pyta "hej co u Rossa, gdzie on
jest?" I cały wywiad na Twój temat!
Zrozum że jej zależy.
Zrób coś ze sobą! Ona wraca za miesiąc!
-Dobra siostra Czaje!
-Dobra to teraz
mów co to za panna była? - zapytała blondynka i spojrzała przenikliwie na brata
-Nie znam jej.
Znaczy poznałem ją na imprezie i byłem pijany. Mooooże coś jej tam obiecałem,
ale nie wiem…
-Przespaliście
się? -zapytała ze strachem
-Co?! Nie! Za
kogo ty mnie uważasz!
-Ross widziałam
już z Tobą tyle panien. Widziałam jak się całujecie!
Zmieniasz sie w
jakiegoś Bad boya!
-Dobra daj mi spokój!
Jestem dużym chłopcem i mogę robić co chcę! Ale powiem Ci jedno! Nigdy nie zrobiłem
więcej oprócz lizania się. Mimo że zerwaliśmy, nie zrobiłbym tego Laurze! A
teraz wyjdź.
-Ross....
-WYJDŹ
POWIEDZIAŁEM!- czekałam i patrzyłam na niego przerażona
-JUUUŻ! - Tak
jak kazał tak zrobiłam. Wyszłam Stamtąd z płaczem. Co się stało z moim
braciszkiem?
-Hej maleńka co
się dzieje? –zapytał Ellington
-Ross! Ross i
brak Laury sie dzieje! - odpowiedziałam i mocniej wtuliłam sie w ukochanego.
-Szkoda że nie
ma tu Rikera. On by mu pomógł i postawił do pionu! – odrzekł Ell i mocniej mnie
przytulił.
~Ross~
Leżałem na łóżku
i bawiłem się piłka do footboll'u. Kurcze Delly ma trochę racji, ale z drugiej
strony to Zycie jest dobre. Zero zobowiązań. Ona i tak pewnie już sobie kogoś
tam znalazła.
Czemu miałaby czekać?
Jest w końcu piękna. Matko Ross ogar! Ona Cię zostawia, a ty ją zraniłeś. Nic
was nie łączy! Ale z drugiej strony, czemu pyta się o mnie? Może nie jestem jej
jednak obojętny? Eee mam to gdzieś! Nie ma starego Rossa! Jest nowy Ross. Zły Ross
i nie będę się zmieniał, bo komuś znowu to nie pasuje. Ten styl mi się podoba i
oni musza go zaakceptować. Jeszcze chwile rozmyślałem, ale po nocnym melanżu
byłem zmęczony i zasnąłem.
______________________
Witamy was serdecznie cieplutkim rozdziałem drugiego sezonu :) Mamy nadzieje, że się wam spodobał, w prawdzie jest krótki, ale następne myślę, że będą dłuższe :) Nie chcemy wprowadzać tutaj zasady czytasz = komentujesz, ale bardzo nam zależy na waszej opinii i co o tym sądzicie, tak wiec zapraszam do komentowania, :) Jeszcze raz chcemy podziękować wszystkim za komentarze :) Kochamy was! :)
Ps: Chciałybyśmy prosić, żebyście powiedzieli nam co się wam podoba na blogu, a co nie, każda "rada" daje nam dużo do myślenia :)
Pozdrawiamy was gorąco!
Wasza Pati oraz Renia *,*
poniedziałek, 21 lipca 2014
Rozdział 85 cz.2 OSTATNI!
DEDYKACJA DLA :BLACK777 oraz NICKOLI LYNCH z bloga http://rossandlauranazawsze.blogspot.com/
*Laura*
-Witam. Nazywam się Marshall Brown i mam dla pani propozycję.
- Przepraszam, ale nie rozumiem. Nie znam pana i nie wiem z jaką propozycją pan do mnie przychodzi. - byłam zdezorientowana i szczerze trochę przestraszona. No bo postawcie się na moim miejscu.
-Już pani wszystko tłumaczę. Otóż jestem przyjacielem managera zespołu pani chłopaka. Andre już wcześniej wspominał o tym, że Ross ma utalentowaną dziewczynę, a dziś się o tym osobiście przekonałem...
-Proszę wybaczyć, ale dalej nie rozumiem...- wtrąciłam się. Co ja mam wspólnego z managerem R5?
- To ja przejdę do rzeczy. Słyszałem jak pani śpiewa i bardzo podoba mi się pani głos. Jest wręcz anielski, taki delikatny i w ogóle. Idąc dalej... CHCĘ WYDAĆ TWOJĄ PŁYTĘ!- mężczyzna uśmiechnął się do mnie promiennie. ale czy ja dobrze słyszałam? Zaczęłam obłędnie wpatrywać się w podłogę i szeptać pod nosem.
-Płytę? Płytę. -podniosłam głowę i popatrzyłam na faceta. - Ale,że płytę? Moją.... płytę?
-Tak. Twierdzę, że masz wielki talent. Przemyśl to! Myślę, że kontrakt z moją wytwórnią "New York Records" daje Ci nowsze i większe możliwości.Zostawiam Ci tu moją wizytówkę. - to były jego ostatnie słowa zanim odszedł i zniknął w tłumie. Nowy Jork? Co teraz? To daleko od Los Angeles, daleko od Van i siostrzenicy, daleko od R5, a co najważniejsze daleko od ROSSA. Jak mam to rozwiązać? Nie chcę go, ich zostawiać i zranić ale również nie chcę przegapić takiej okazji. Już bym nie była " Laura Marano dziewczyna Rossa Lyncha, przyjaciółka R5 czy siostra Vanessy Marano." Ech co robić, co robić? Złapałam się za skronie i uporczywie zaczęłam rozważać tradycyjne "za i przeciw". Więcej było za! Kto to wymyślił?! Nic mi to nie pomogło, ba jeszcze gorzej zdołowało. Nagle poczułam, że ktoś mnie delikatnie kąsa w płatek ucha oraz wbija palce w żebra. Sama nie wiem czego ale ze strachu wysoko podskoczyłam. Co się ze mną dzieje? Przecież wiedziałam, że to Ross.
- Co jest kotek, przestraszyłem Cię?- popatrzył na mnie troskliwie. Te jego oczka, tak strasznie będę za nimi tęskniła..... ale chwila. przecież jeszcze nie podjęłam decyzji. Dobra opanuj się Laura bo twoje schizy cię wykończą. - Lauruś, co się tak we mnie wpatrujesz. Jestem brudny?- blondyn gorączkowo zaczął wycierać twarz, co mnie rozśmieszyło.
- Nie Ross. Jesteś czyściutki. - zaśmiałam się i przytuliłam do niego.
- Więc w czym problem? - zapytał.
- W niczym. Po prostu.... tylko..- jak mu to powiedzieć? Dobra Laura! Jesteś kobietą i załatwisz to tak jak kobiety. Szybko i bezboleśnie. No już, dawaj... Dasz radę! Mów mu teraz! Prawdę i tylko... - Muszę iść do toalety. - ... nie prawdę. Uśmiechnęłam się i wyrwałam z uścisku chłopaka. Taaaa, ale to załatwiłam. Kuźwa jestem tchórzem! Mogłam mu to powiedzieć! Na pewno to zrozumie, jest moim chłopakiem i mnie kocha. Cieszyłby się z mojego szczęścia. Tak! Zrobię to. Uśmiechnięta wyszłam z pomieszczenia i pewnym krokiem podeszłam do Rossa, jednak będąc już koło niego moja pewność uleciała ze mnie niczym powietrze z balona. Przed oczami pojawił mi się obraz Rossa po usłyszeniu tego co mam mu do powiedzenia i wiecie co? Nie cieszył się. Był wściekły i rozgniewany. Krzyczał na mnie, że go oszukałam, je jestem nie warta jego smutku, po czym odszedł. Nie, tak nie może być. Potrząsnęłam głową chcąc wyrzucić z niej ten straszny obraz.
- O Lari już wróciłaś? Chodź do nas. - zawołał mój blondynek i już po chwili siedziałam obejmowana przez Rossa z nami przy stole siedzieli jeszcze, Delly, Ell i Rocky. Wszyscy dyskutowali o czymś radośnie, ja byłam pogrążona w myślach. Tak właściwie to co ja robię? Jest wesele mojej siostry, a ja zamulam? Tak byś nie może. Podniosłam głowę i spotkałam się z intensywnym spojrzeniem Rydel. Wciąż nie odrywając wzroku ode mnie powiedziała
- Laura, chodź na chwilę muszę z Tobą porozmawiać. - wstała od stołu i skierowała się na dwór. Poszłam za nią, aż znalazłyśmy się w altance w ogrodzie. - Dobra a teraz opowiadaj. - popatrzyłam na Delly " tępym" spojrzeniem jednak wiedziałam, że kogo jak kogo ale blondi nie oszukasz.
- Ygh no bo... Delly co ja mam robić? Jakiś przyjaciel waszego managera zaproponował mi kontrakt w swojej wytwórni...
-Mała to wspaniale!- blondynka wzięła mnie w objęcia
-DELLY! - dziewczyna popatrzyła na mnie wesoła- słuchaj, ale to nie wszystko. Wytwórnia nazywa się "New York Records", a jak sama nazwa wskazuje, placówka znajduje się w...
- Nowym Jorku...- przyjaciółka dokończyła za mnie i popatrzyła mi w oczy ze smutkiem.- Co chcesz zrobić? - zapytała
- Nie mam pojęcia. Czy będę idiotką jeśli zmarnuję taką szansę? Albo inaczej. Czy będę bezduszną i egoistyczną idiotką jeśli wyjadę?
- Nie będziesz. Masz prawo do sukcesu i myślę, że powinnaś wyjechać.
- Tak, może masz rację...a le..
-Ale?
-Delly czy mogłabyś to zachować dla siebie?
-Dlaczego?
- Chcę spędzić z nimi czas, ale nie chcę by byli pod presją. Przynajmniej odlecę pamiętając ich uradowane twarze. Proszę.
- Nie pochwalam tego bo uważam, że chociaż JEMU powiesz prawdę. - i kolejny raz dzisiejszego wieczoru, ktoś zostawia mnie z mętlikiem w głowie. Coraz bardziej nie lubię tego dnia.
*Narrator*
Reszta wieczoru minęła spokojnie. Podczas oczepin kwiaty złapała Delly co ucieszyło Ratliffa jednak kiedy Riker rzucał krawat nie złapał Ell tylko Ryland co wywołało śmiech na sali.
Młode małżeństwo wyjechało na swój miesiąc miodowy na Bahamy, Rachel została z dziadkami, a reszta poszła spać nieświadoma tego co zdarzy się za dwa dni.
~Dwa dni później!~
Każdy dzień od wesela Laura od rana do nocy spędzała czas z przyjaciółmi. Można nawet rzec, że mieli jej już dość. Swoją nadpobudliwością zadziwiała wszystkich, a jej chęć spędzania czasu z przyjaciółmi była zabawna.
Właśnie teraz, w tym momencie o godzinie 19:30 Rocky, Paula,Monika, Ryland, Rydel ,Ell Ross i Laura siedzieli na plaży przy ognisku. Śpiewali ulubioną piosenkę Laury " If i can't be with you" gdy Ross ciągle wpatrywał się w oczy ukochanej. Słowa piosenki docierały do niej dogłębnie i już nie wytrzymała. Ta presja, strach i znerwicowanie gromadzone w niej przez ostatnie kilka dni dały się we znaki. Dziewczyna zaczęła głośno szlochać, a łzy płynęły strumieniami z jej czekoladowych oczu zaciekawiając wszystkich.
- Laura, kotku powiesz w końcu o co chodzi? Zachowujesz się dziwnie od wesela Van i Rika. Powiedz nam.- powiedział Ross i uspokajająco gładził swoją dziewczynę po policzku. Brunetka rozejrzała się po reszcie, która także domagała się wyjaśnień. Jedynie Delly patrzyła na nią wzrokiem " Powiedz im teraz. MUSISZ! "
- Kochani to strasznie ciężkie. Tak strasznie boję się was stracić.- zaczęła. Jej przyjaciele patrzyli na nią wyczekująco.
- Hehe dobra Laura, o co chodzi? Wkręcasz nas prawda? - zaśmiał się nerwowo Rocky.
- Rocky daj jej dokończyć. - skarciła go siostra.
- Wyjeżdżam kochani. Na weselu dostałam propozycje nagrania płyty.... - pociągnęła nosem - ... w wytwórni w Nowym Jorku. -spuściła wzrok z przyjaciół i wbiła go w swoje złączone ręce na kolanach.
- K-Kiedy? - zapytał Ross patrząc na nią tępo.
- Jutro.O 10 mam samolot.
- I mówisz mi..... nam to dopiero teraz? Nie pomyślałaś, że chcielibyśmy wiedzieć? A czekaj, zapomniałem, że ty zawsze wszystko wiesz najlepiej!
- Ross przestań!- wtrąciła Rydel widząc, że Laura jeszcze bardziej zachodzi się płaczem na słowa blondyna.
- Nie Delly!- zwróciła się do siostry po czym znów spojrzał na brunetkę
- Jak mogłaś? - cisza.- Odpowiedz, słyszysz? Odpowiedz! - wrzasnął Ross wystraszając tym wszystkich.
- Sama nie wiedziałam co mam robić i nie krzycz na mnie!
- Czy ty siebie słyszysz? Jak mam nie krzyczeć? Zostawiasz mnie i mówisz mi o tym dopiero w dzień przed wylotem. Kto mądry tak robi, zastanów się. No kto?! - nadal odpowiadała mu cisza. - Tak myślałem... Karierowiczka. Idealne określenie. Zaprzyjaźniłaś się z nami, rozkochałaś mnie w sobie, a gdy osiągnęłaś to co chciałaś to odchodzisz. - jego słowa wbiły jej nóż w plecy, a ton z jakim te słowa wypowiadał obracały nożem i wywoływały ból nie do zniesienia.
- Jest mi strasznie przykro że tak mówisz, a świadomość, że tak myślisz jest nie do zniesienia. Kocham Cię bez warunkowo i właśnie dlatego nie chciałam nic mówić. Bałam się, że właśnie tak zareagujesz. - popatrzyła w oczy chłopaka, a ten zaczął się łamać. Dotarło do niego co właśnie powiedział i na samo wspomnienie tych słów zgarbił się w sobie.
- Wy też tak myślicie? - zwróciła się do przyjaciół, ale zamiast odpowiedzi usłyszała tylko cisze. Ze zrozumieniem potrząsnęła głową i już chciała odchodzić, ale zatrzymał ją Ross
- Nie Laura, proszę... jaa...
- Nie Ross. Daj już spokój. Poznałam twoją opinię o mnie, nie chcę więcej już usłyszeć.
- Laura, ale...
- Żegnaj Ross. - wyrwała chłopakowi swoją rękę po czym odbiegła.
Dla wszystkich ten wieczór okazał się kompletną klapą. Ognisko które miało minąć w przyjemnej atmosferze okazało się piekłem na ziemi. Noc nie była błoga jak dotychczas lecz pełna koszmarów. A to wszystko przez tajemnice, niezrozumienie i strach. Strach przed utratą bliskich osób.
~Następny dzień~
* Laura*
Siedziałam i czekałam na samolot. Trzymałam telefon w ręku z myślą, że jeszcze zadzwonią. Wciąż miałam nadzieję, że zdarzy się sytuacja jak z tych tanich romansideł. To wyobrażenie, że zza rogu wybiegnie Ross i mnie zawoła, przytuli obracając się ze mną w kółko, że mnie pocałuje i nie pozwoli jechać. Ale im bliżej mała wskazówka zegara była bliżej 10, moja nadzieja słabła.
SAMOLOT DO NOWEGO JORKU ODLATUJE ZA DWADZIEŚCIA MINUT. PASAŻERÓW PROSZĘ O UDANIE SIĘ POD BRAMKĘ NUMER PIĘĆ. DZIĘKUJEMY I ŻYCZYMY MIŁEJ PODRÓŻY.
No i wszystko przepadło. Trzeba się z tym pogodzić Laura. Wzięłam swoje walizki i szłam w stronę bramek kiedy usłyszałam głośne, naprawdę głośne tupanie. Z ciekawości obejrzałam się za siebie i zobaczyłam moich przyjaciół biegnących niczym stado słoni. Rocky biegł z wywieszonym językiem i telepiąc głową na boki, Ellington pokonywał tor przeszkód czytaj: przeskakując walizki innych podróżujących, a Ryland biegł trącając kogo popadnie ranieniem twierdząc, że biegnie po szczęście. Jedynie Delly, Paula i Monika szły z gracją za tą bandą dzikusów. Na te widok nie mogłam się nie uśmiechnąć. Kocham ich. Tylko było mi przykro, że nie było z nami teraz Van, Rikera, Rachel i... i Rossa. Jego obecności pragnę najbardziej.
- Laura! - krzyknęli wszyscy jak jeden mąż
- Ale co wy tu robicie? - nie ukrywałam zdziwienia i podekscytowania.
- Myślałaś, że tak łatwo się nas pozbędziesz? Oooo nie moja panno. Poza tym Rydel wszystko nam opowiedziała, jaka rozdarta byłaś i w ogóle. Serio musiałaś przeżywać piekło. No nie ważne, musieliśmy się przecież z tobą pożegnać i życzyć powodzenia. - powiedział Ryland po czym mocno mnie przytulił, a zaraz po nim dołączyła reszta. Zegnaliśmy się i nie było takiej osoby, która nie uroniła chociaż jednej łezki.. Jednak sprawa mojego albo już nie mojego przystojniaka nie dawała mi spokoju.
- A gdzie Ross? - zapytałam, a moi przyjaciele nieco się speszyli.
- Nie rozmawialiśmy z nim od wczoraj. Zrozumiał, że cię zranił i zaraz po powrocie do domu zamknął się w pokoju. Przepraszam.- wytłumaczyła Delly.
- Nie. - pokręciłam głową- Nie masz za co przepraszać.
PASAŻERÓW LOTU 535 NOWY JORK ZAPRASZAM DO UDANIA SIĘ DO PRZEJŚCIA. ŻYCZYMY MIŁEJ PODRÓŻY!
-Muszę już iść. Będziemy się kontaktować prawda? - zapytałam,a oni potwierdzili to przytaknięciem. - Kocham was. Przekażcie to Rossowi, Stormie, Markowi i Rachel. - pomachałam im na do widzenia i przeszłam przez bramkę po czym wsiadłam do samolotu. Po pięciu minutach zaczęliśmy pędzić po pasie startowym by wzbić się w powietrze.
No to nie ma już odwrotu- pomyślałam, a pojedyncza łza rozpaczy spłynęła mi po policzku.
_________________________________________________
Witamy was ostatnim rozdziałem pierwszego sezonu! Wohohoo!
Na początek znowu was strasznie przepraszamy, że musieliście poczekać tyle na rozdział!
Chciałybyśmy wam tak strasznie podziękować za wsparcie jakie nam okazaliście przez cały 1 sezon <3
Że byliście ze mną przez cały czas, potem jak dołączyła Kasia i Patrycja!
Nie długo minie rok od pierwszego posta na tym blogu :)
Teraz zaczynamy drugi sezon, mam nadzieje, że będziecie nadal czytać...
Pozdrawiamy was Ciepło!
Patrycja i Renia :)
*Laura*
-Witam. Nazywam się Marshall Brown i mam dla pani propozycję.
- Przepraszam, ale nie rozumiem. Nie znam pana i nie wiem z jaką propozycją pan do mnie przychodzi. - byłam zdezorientowana i szczerze trochę przestraszona. No bo postawcie się na moim miejscu.
-Już pani wszystko tłumaczę. Otóż jestem przyjacielem managera zespołu pani chłopaka. Andre już wcześniej wspominał o tym, że Ross ma utalentowaną dziewczynę, a dziś się o tym osobiście przekonałem...
-Proszę wybaczyć, ale dalej nie rozumiem...- wtrąciłam się. Co ja mam wspólnego z managerem R5?
- To ja przejdę do rzeczy. Słyszałem jak pani śpiewa i bardzo podoba mi się pani głos. Jest wręcz anielski, taki delikatny i w ogóle. Idąc dalej... CHCĘ WYDAĆ TWOJĄ PŁYTĘ!- mężczyzna uśmiechnął się do mnie promiennie. ale czy ja dobrze słyszałam? Zaczęłam obłędnie wpatrywać się w podłogę i szeptać pod nosem.
-Płytę? Płytę. -podniosłam głowę i popatrzyłam na faceta. - Ale,że płytę? Moją.... płytę?
-Tak. Twierdzę, że masz wielki talent. Przemyśl to! Myślę, że kontrakt z moją wytwórnią "New York Records" daje Ci nowsze i większe możliwości.Zostawiam Ci tu moją wizytówkę. - to były jego ostatnie słowa zanim odszedł i zniknął w tłumie. Nowy Jork? Co teraz? To daleko od Los Angeles, daleko od Van i siostrzenicy, daleko od R5, a co najważniejsze daleko od ROSSA. Jak mam to rozwiązać? Nie chcę go, ich zostawiać i zranić ale również nie chcę przegapić takiej okazji. Już bym nie była " Laura Marano dziewczyna Rossa Lyncha, przyjaciółka R5 czy siostra Vanessy Marano." Ech co robić, co robić? Złapałam się za skronie i uporczywie zaczęłam rozważać tradycyjne "za i przeciw". Więcej było za! Kto to wymyślił?! Nic mi to nie pomogło, ba jeszcze gorzej zdołowało. Nagle poczułam, że ktoś mnie delikatnie kąsa w płatek ucha oraz wbija palce w żebra. Sama nie wiem czego ale ze strachu wysoko podskoczyłam. Co się ze mną dzieje? Przecież wiedziałam, że to Ross.
- Co jest kotek, przestraszyłem Cię?- popatrzył na mnie troskliwie. Te jego oczka, tak strasznie będę za nimi tęskniła..... ale chwila. przecież jeszcze nie podjęłam decyzji. Dobra opanuj się Laura bo twoje schizy cię wykończą. - Lauruś, co się tak we mnie wpatrujesz. Jestem brudny?- blondyn gorączkowo zaczął wycierać twarz, co mnie rozśmieszyło.
- Nie Ross. Jesteś czyściutki. - zaśmiałam się i przytuliłam do niego.
- Więc w czym problem? - zapytał.
- W niczym. Po prostu.... tylko..- jak mu to powiedzieć? Dobra Laura! Jesteś kobietą i załatwisz to tak jak kobiety. Szybko i bezboleśnie. No już, dawaj... Dasz radę! Mów mu teraz! Prawdę i tylko... - Muszę iść do toalety. - ... nie prawdę. Uśmiechnęłam się i wyrwałam z uścisku chłopaka. Taaaa, ale to załatwiłam. Kuźwa jestem tchórzem! Mogłam mu to powiedzieć! Na pewno to zrozumie, jest moim chłopakiem i mnie kocha. Cieszyłby się z mojego szczęścia. Tak! Zrobię to. Uśmiechnięta wyszłam z pomieszczenia i pewnym krokiem podeszłam do Rossa, jednak będąc już koło niego moja pewność uleciała ze mnie niczym powietrze z balona. Przed oczami pojawił mi się obraz Rossa po usłyszeniu tego co mam mu do powiedzenia i wiecie co? Nie cieszył się. Był wściekły i rozgniewany. Krzyczał na mnie, że go oszukałam, je jestem nie warta jego smutku, po czym odszedł. Nie, tak nie może być. Potrząsnęłam głową chcąc wyrzucić z niej ten straszny obraz.
- O Lari już wróciłaś? Chodź do nas. - zawołał mój blondynek i już po chwili siedziałam obejmowana przez Rossa z nami przy stole siedzieli jeszcze, Delly, Ell i Rocky. Wszyscy dyskutowali o czymś radośnie, ja byłam pogrążona w myślach. Tak właściwie to co ja robię? Jest wesele mojej siostry, a ja zamulam? Tak byś nie może. Podniosłam głowę i spotkałam się z intensywnym spojrzeniem Rydel. Wciąż nie odrywając wzroku ode mnie powiedziała
- Laura, chodź na chwilę muszę z Tobą porozmawiać. - wstała od stołu i skierowała się na dwór. Poszłam za nią, aż znalazłyśmy się w altance w ogrodzie. - Dobra a teraz opowiadaj. - popatrzyłam na Delly " tępym" spojrzeniem jednak wiedziałam, że kogo jak kogo ale blondi nie oszukasz.
- Ygh no bo... Delly co ja mam robić? Jakiś przyjaciel waszego managera zaproponował mi kontrakt w swojej wytwórni...
-Mała to wspaniale!- blondynka wzięła mnie w objęcia
-DELLY! - dziewczyna popatrzyła na mnie wesoła- słuchaj, ale to nie wszystko. Wytwórnia nazywa się "New York Records", a jak sama nazwa wskazuje, placówka znajduje się w...
- Nowym Jorku...- przyjaciółka dokończyła za mnie i popatrzyła mi w oczy ze smutkiem.- Co chcesz zrobić? - zapytała
- Nie mam pojęcia. Czy będę idiotką jeśli zmarnuję taką szansę? Albo inaczej. Czy będę bezduszną i egoistyczną idiotką jeśli wyjadę?
- Nie będziesz. Masz prawo do sukcesu i myślę, że powinnaś wyjechać.
- Tak, może masz rację...a le..
-Ale?
-Delly czy mogłabyś to zachować dla siebie?
-Dlaczego?
- Chcę spędzić z nimi czas, ale nie chcę by byli pod presją. Przynajmniej odlecę pamiętając ich uradowane twarze. Proszę.
- Nie pochwalam tego bo uważam, że chociaż JEMU powiesz prawdę. - i kolejny raz dzisiejszego wieczoru, ktoś zostawia mnie z mętlikiem w głowie. Coraz bardziej nie lubię tego dnia.
*Narrator*
Reszta wieczoru minęła spokojnie. Podczas oczepin kwiaty złapała Delly co ucieszyło Ratliffa jednak kiedy Riker rzucał krawat nie złapał Ell tylko Ryland co wywołało śmiech na sali.
Młode małżeństwo wyjechało na swój miesiąc miodowy na Bahamy, Rachel została z dziadkami, a reszta poszła spać nieświadoma tego co zdarzy się za dwa dni.
~Dwa dni później!~
Każdy dzień od wesela Laura od rana do nocy spędzała czas z przyjaciółmi. Można nawet rzec, że mieli jej już dość. Swoją nadpobudliwością zadziwiała wszystkich, a jej chęć spędzania czasu z przyjaciółmi była zabawna.
Właśnie teraz, w tym momencie o godzinie 19:30 Rocky, Paula,Monika, Ryland, Rydel ,Ell Ross i Laura siedzieli na plaży przy ognisku. Śpiewali ulubioną piosenkę Laury " If i can't be with you" gdy Ross ciągle wpatrywał się w oczy ukochanej. Słowa piosenki docierały do niej dogłębnie i już nie wytrzymała. Ta presja, strach i znerwicowanie gromadzone w niej przez ostatnie kilka dni dały się we znaki. Dziewczyna zaczęła głośno szlochać, a łzy płynęły strumieniami z jej czekoladowych oczu zaciekawiając wszystkich.
- Laura, kotku powiesz w końcu o co chodzi? Zachowujesz się dziwnie od wesela Van i Rika. Powiedz nam.- powiedział Ross i uspokajająco gładził swoją dziewczynę po policzku. Brunetka rozejrzała się po reszcie, która także domagała się wyjaśnień. Jedynie Delly patrzyła na nią wzrokiem " Powiedz im teraz. MUSISZ! "
- Kochani to strasznie ciężkie. Tak strasznie boję się was stracić.- zaczęła. Jej przyjaciele patrzyli na nią wyczekująco.
- Hehe dobra Laura, o co chodzi? Wkręcasz nas prawda? - zaśmiał się nerwowo Rocky.
- Rocky daj jej dokończyć. - skarciła go siostra.
- Wyjeżdżam kochani. Na weselu dostałam propozycje nagrania płyty.... - pociągnęła nosem - ... w wytwórni w Nowym Jorku. -spuściła wzrok z przyjaciół i wbiła go w swoje złączone ręce na kolanach.
- K-Kiedy? - zapytał Ross patrząc na nią tępo.
- Jutro.O 10 mam samolot.
- I mówisz mi..... nam to dopiero teraz? Nie pomyślałaś, że chcielibyśmy wiedzieć? A czekaj, zapomniałem, że ty zawsze wszystko wiesz najlepiej!
- Ross przestań!- wtrąciła Rydel widząc, że Laura jeszcze bardziej zachodzi się płaczem na słowa blondyna.
- Nie Delly!- zwróciła się do siostry po czym znów spojrzał na brunetkę
- Jak mogłaś? - cisza.- Odpowiedz, słyszysz? Odpowiedz! - wrzasnął Ross wystraszając tym wszystkich.
- Sama nie wiedziałam co mam robić i nie krzycz na mnie!
- Czy ty siebie słyszysz? Jak mam nie krzyczeć? Zostawiasz mnie i mówisz mi o tym dopiero w dzień przed wylotem. Kto mądry tak robi, zastanów się. No kto?! - nadal odpowiadała mu cisza. - Tak myślałem... Karierowiczka. Idealne określenie. Zaprzyjaźniłaś się z nami, rozkochałaś mnie w sobie, a gdy osiągnęłaś to co chciałaś to odchodzisz. - jego słowa wbiły jej nóż w plecy, a ton z jakim te słowa wypowiadał obracały nożem i wywoływały ból nie do zniesienia.
- Jest mi strasznie przykro że tak mówisz, a świadomość, że tak myślisz jest nie do zniesienia. Kocham Cię bez warunkowo i właśnie dlatego nie chciałam nic mówić. Bałam się, że właśnie tak zareagujesz. - popatrzyła w oczy chłopaka, a ten zaczął się łamać. Dotarło do niego co właśnie powiedział i na samo wspomnienie tych słów zgarbił się w sobie.
- Wy też tak myślicie? - zwróciła się do przyjaciół, ale zamiast odpowiedzi usłyszała tylko cisze. Ze zrozumieniem potrząsnęła głową i już chciała odchodzić, ale zatrzymał ją Ross
- Nie Laura, proszę... jaa...
- Nie Ross. Daj już spokój. Poznałam twoją opinię o mnie, nie chcę więcej już usłyszeć.
- Laura, ale...
- Żegnaj Ross. - wyrwała chłopakowi swoją rękę po czym odbiegła.
Dla wszystkich ten wieczór okazał się kompletną klapą. Ognisko które miało minąć w przyjemnej atmosferze okazało się piekłem na ziemi. Noc nie była błoga jak dotychczas lecz pełna koszmarów. A to wszystko przez tajemnice, niezrozumienie i strach. Strach przed utratą bliskich osób.
~Następny dzień~
* Laura*
Siedziałam i czekałam na samolot. Trzymałam telefon w ręku z myślą, że jeszcze zadzwonią. Wciąż miałam nadzieję, że zdarzy się sytuacja jak z tych tanich romansideł. To wyobrażenie, że zza rogu wybiegnie Ross i mnie zawoła, przytuli obracając się ze mną w kółko, że mnie pocałuje i nie pozwoli jechać. Ale im bliżej mała wskazówka zegara była bliżej 10, moja nadzieja słabła.
SAMOLOT DO NOWEGO JORKU ODLATUJE ZA DWADZIEŚCIA MINUT. PASAŻERÓW PROSZĘ O UDANIE SIĘ POD BRAMKĘ NUMER PIĘĆ. DZIĘKUJEMY I ŻYCZYMY MIŁEJ PODRÓŻY.
No i wszystko przepadło. Trzeba się z tym pogodzić Laura. Wzięłam swoje walizki i szłam w stronę bramek kiedy usłyszałam głośne, naprawdę głośne tupanie. Z ciekawości obejrzałam się za siebie i zobaczyłam moich przyjaciół biegnących niczym stado słoni. Rocky biegł z wywieszonym językiem i telepiąc głową na boki, Ellington pokonywał tor przeszkód czytaj: przeskakując walizki innych podróżujących, a Ryland biegł trącając kogo popadnie ranieniem twierdząc, że biegnie po szczęście. Jedynie Delly, Paula i Monika szły z gracją za tą bandą dzikusów. Na te widok nie mogłam się nie uśmiechnąć. Kocham ich. Tylko było mi przykro, że nie było z nami teraz Van, Rikera, Rachel i... i Rossa. Jego obecności pragnę najbardziej.
- Laura! - krzyknęli wszyscy jak jeden mąż
- Ale co wy tu robicie? - nie ukrywałam zdziwienia i podekscytowania.
- Myślałaś, że tak łatwo się nas pozbędziesz? Oooo nie moja panno. Poza tym Rydel wszystko nam opowiedziała, jaka rozdarta byłaś i w ogóle. Serio musiałaś przeżywać piekło. No nie ważne, musieliśmy się przecież z tobą pożegnać i życzyć powodzenia. - powiedział Ryland po czym mocno mnie przytulił, a zaraz po nim dołączyła reszta. Zegnaliśmy się i nie było takiej osoby, która nie uroniła chociaż jednej łezki.. Jednak sprawa mojego albo już nie mojego przystojniaka nie dawała mi spokoju.
- A gdzie Ross? - zapytałam, a moi przyjaciele nieco się speszyli.
- Nie rozmawialiśmy z nim od wczoraj. Zrozumiał, że cię zranił i zaraz po powrocie do domu zamknął się w pokoju. Przepraszam.- wytłumaczyła Delly.
- Nie. - pokręciłam głową- Nie masz za co przepraszać.
PASAŻERÓW LOTU 535 NOWY JORK ZAPRASZAM DO UDANIA SIĘ DO PRZEJŚCIA. ŻYCZYMY MIŁEJ PODRÓŻY!
-Muszę już iść. Będziemy się kontaktować prawda? - zapytałam,a oni potwierdzili to przytaknięciem. - Kocham was. Przekażcie to Rossowi, Stormie, Markowi i Rachel. - pomachałam im na do widzenia i przeszłam przez bramkę po czym wsiadłam do samolotu. Po pięciu minutach zaczęliśmy pędzić po pasie startowym by wzbić się w powietrze.
No to nie ma już odwrotu- pomyślałam, a pojedyncza łza rozpaczy spłynęła mi po policzku.
_________________________________________________
Witamy was ostatnim rozdziałem pierwszego sezonu! Wohohoo!
Na początek znowu was strasznie przepraszamy, że musieliście poczekać tyle na rozdział!
Chciałybyśmy wam tak strasznie podziękować za wsparcie jakie nam okazaliście przez cały 1 sezon <3
Że byliście ze mną przez cały czas, potem jak dołączyła Kasia i Patrycja!
Nie długo minie rok od pierwszego posta na tym blogu :)
Teraz zaczynamy drugi sezon, mam nadzieje, że będziecie nadal czytać...
Pozdrawiamy was Ciepło!
Patrycja i Renia :)
środa, 25 czerwca 2014
[...] masz ich RATOWAĆ!
Zastanawia mnie jedno. Dlaczego oceniacie książkę po okładce? Dlaczego oceniacie ludzi po wyglądzie, albo po zachowaniu? Widzicie dziewczynę z dużą ilością makijażu na twarzy i juz uznajecie, ze jest nie wiadomo jaka tapeciara, a może ona po prostu stara sie ukryć blizny? Widzicie człowieka skrytego w sobie i od razu wytykacie go palcami bo jest dziwny, a tak naprawdę jego zachowanie wynika z otaczających go problemów! Takim skrytym człowiekiem jestem ja. Laura Marano. Siedemnastolatka, którą na ogol każdy postrzega za przeszczęśliwą i zadowoloną z życia. Absolutnie tak nie jest. Co z tego, ze mam super dom, nie wiadomo ile forsy i sławną rodzinę jeśli brakuje mi tego rodzinnego ciepła? Przez brak zainteresowania mną zamknęłam sie w sobie, ubieram się w ciężkie buty, bardzo ciemne rzeczy, oczy podkreślam na czarno i słucham rocka i heavy metalu. W szkole jestem szaraczkiem. Laska z której każdy może mieć bekę i może ja poniżać. Jednak w miejscach publicznych staram się okazywać moją siłę i staram się być taka jaka odzwierciedla mój wygląd, zaś w domu zamykam się w pokoju i płaczę słuchając ulubionych piosenek. Moją pasją to właśnie muzyka, pomaga mi gdy jest ze mną źle. Piosenki Metallicy i Red Jumpsuit Apparatus czy Guns N' Roses nie są płytkie typu miłość, miłość wszędzie, radość i ukazywanie świata jako coś cudownego nie mającego wad. Nie! Właśnie ich teksty pokazują prawdziwe oblicze świata. Pokazują jakie życie bywa brutalne! Teraz jednak stałam się odżywiona. To tak jakbym urodziła się na nowo. Bywam coraz częściej uśmiechnięta, spędzam więcej czasu ciesząc się życiem, niż próbując z nim skończyć. Stało się tak dzięki przyjaciołom. Szóstce ludzi o wspanialej duszyczce.. Pozwólcie jednak, ze cofnę się w czasie jakieś trzy tygodnie temu....
Poniedziałek - znienawidzony dzień przez każdego. Jednak dla mnie to szczególna udręka. Początek tygodnia równa się szkoła. Szkoła równa się kolejne nieprzyjemności związane z rówieśnikami. Jak zwykle wykonałam poranna
toaletę i biorąc torbę z książkami zbiegłam po schodach na dół.
Jesteśmy już w pracy. Vanessa w studiu. Nie wiem co lubisz, wiec zjedz....coś.
~Mama~
Taa znowu ta sama karteczka. Ściągają ją z lodówki tylko w święta albo dni wole od roboty. Powinni sobie z tym tekstem zrobić pieczątkę! Mimo iż jestem przyzwyczajona do tego to i tak kilka zdradzieckich łez spłynęło po moim policzku . Nie Laura! Koniec z mazgajeniem sie! Jesteś silną niezależną kobietą! Dasz rade. - pomyślałam i jak co dzień zjadłam tylko jedno jabłko. To właśnie jadłospis na cały mój dzien. Co cóż, po prostu nie mam apetytu... Po skończonym "posiłku" ubrałam swoje czarne martensy i czarna skórzana kurtkę, a na ramie zarzuciłam torbę z logo Metallicy. Dwadzieścia minut później weszłam do szkoły i na samo "Dzień dobry " usłyszałam szepty dotyczące mojej osoby. Ta laska jest dziwna , "Satanistka czy co?!. Starałam sie to olewać jednak był to dopiero początek.
Stojąc przy szafce podszedł do mnie Tylor Clark. Moja gnębi dusza odkąd tylko pamiętam.
- Ooo proszę. Kogo my tu mamy. Naszą gwiazdkę. - zaczyna się. Postanowiłam zostawić jego zaczepkę bez komentarza. - No co nie odezwiesz się? Mamusia ci zakazała. Och czekaj! Zapomniałem, że twoi starzy mają cię gdzieś, traktują cię jak wyrzutka. Przejmują się tylko twoją siostrunią. W sumie też bym tak robił. Mają z kogo być dumni. Piękna i słodka aktorka w porównaniu do zidiocialego metalu! Żal mi cię Marano. - wiedział jaki jest mój czuły punkt. Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Naszczecie na nosie widniały okulary przeciw słoneczne. Strasznie bolało. Ale nie wiem co bardziej. Czy to, że powiedział mi to mój wróg przy całej szkole, czy to, że miał stu procentową rację.
- Odczep sie ode mnie! - krzyknęłam i wybiegłam ze szkoły, otoczona osobami szydzącymi ze mnie. Potrzebowałam samotności. Pobiegłam w miejsce nikomu nie znane. Kolo naszej szkoły jest taki lasek, idąc kawałek i skręcając w lewo jest takie jeziorko, a kolo niego stary dąb. Przychodzę to zawsze po takich akcjach. Usiadłam kolo drzewa i zaczęłam płakać. Wyciągnęłam I'phona i włączyłam piosenkę " Agnels cry- Red Jumpsuit Apparatus". Wtedy nie miałam pojęcia, ze ktoś oprócz mnie zna to miejsce i mnie obserwuje.
Koło godziny dwudziestej drugiej udałam się w drogę do domu. Było zimno, ciemno a do tego bardzo niebezpiecznie. Nie raz przez głowę przechodziła mi myśl O patrz jedzie auto. Rzuć sie pod nie! I tak nikt nie zatęskni i dobrze o tym wiesz! W sumie czemu nie. Kawałek dalej od mojego domu był stary most. Skoro mam już się zabić, to przynajmniej tak, żeby nie sprawić komuś kłopotu. Weszłam na ten most z ciągłym wrażeniem, że ktoś mnie obserwuje. Nie myliłam się. Puszczając się już barierki ktoś krzyknął.
- Nie! Czekaj nie rób tego. Proszę! - odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka. Przystojnego blondyna, dobrze zbudowany. Podchodził coraz bliżej a ja tak jakby stałam sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć. Kiedy blondyn był już przy mnie złapał mnie za ręce i pomógł przejść przez barierkę.
-Dlaczego chciałaś to zrobić? - zapytał patrząc mi się w oczy, które były zaszklone łzami. Co mam mu teraz powiedzieć? Okłamać? Prawdę? Tak! Decyduje się na prawdę.
-Jestem ofiarą losu...- od tych słów zaczęłam swoją historię. Opowiadałam ją chłopakowi roniąc przy tym coraz więcej łez. A on? On słuchał tego z zaciekawieniem. Miał troskę i przejecie wyraźnie
wymalowane w oczach. Widać było w nich to co dotąd było mi nieznane. Patrząc się w jego oczy
wkraczałam na głębokie i nieznane wody.
- Przepraszam. Ale proszę nigdy więcej nie myśl, że swoim odejściem komuś ulżysz i że nikt nie zauważy. Proszę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jaki ból i tęsknotę po sobie pozostawisz. Wyobraź sobie, że za każdym razem gdy jesteś smutna zabijasz człowieka. Ilu ludzi już zabiłaś? Takimi czynami czy słowami zabijasz ich jeszcze więcej i więcej. Teraz uśmiechem będziesz ich ratować. Masz ratować!! – podniósł głos przytulając mnie do siebie. Moje czarne od tuszu do rzęs łzy plamiły jego biało-czerwony t-shirt. - A tak w ogóle to jestem Lynch. Ross Lynch.- blondyn aby mnie rozśmieszyć parodiował Jamesa Bonda i poruszył dwukrotnie brwiami. Mimo stanu psychicznego w jakim się znajdowałam na moje usta wkradł sie uśmiech. - A Ty? Jak masz na imię śliczsłodko? - i znowu. Ten uśmiech. Dzięki niemu.
- Laura. Nie czekaj! Źle zaczęłam. Jeszcze raz. Marano. Laura Marano. - powiedziałam i tak samo jak on dwukrotnie poruszyłam brwiami. Ross zaśmiał się uroczo i mocniej przytulił do siebie.
- Jesteś cudowna. Wiesz mam propozycję. Co powiesz na to abyśmy byli Best friends forever? - zapytał i wystawił mały paluszek w moją stronę. Chwilę na niego patrzyłam bo nie wiedziałam czy mogę mu ufać. W końcu już tyle razy się zawiodłam…, zaraz jednak uścisnęłam go swoim paluszkiem i energicznie pokiwałam głową.
-Jest juz strasznie późno. - powiedziałam zerkając na ekran swojego smartphona. Rzeczywiście było juz grubo po dwudziestej trzeciej .
- Masz racje. Chodź Lau odprowadzę Cie do domu. Nie chce abyś wracała tak późno sama. - chłopak się troszczył. Wow jak ciężko do tego przywyknąć! No bo co to jest troska? To chyba interesowność drugim człowiekiem prawda? Oferowanie mu pomocy o każdej porze dnia i nocy. Opieka. No po prostu przejmowanie się kimś i czyimś losem. Nigdy nie sądziłam, ze ja: Zamknięta w sobie dziewczyna mogę sie tak otworzyć i zaufać obcemu. Z drugiej strony czuje, że Ross nie jest mi obcy. Czuje, że jest i będzie bliski mojemu sercu już zawsze. Doszliśmy pod moja posesje, wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy się na jutro po szkole. Ross nie miał pomysłu gdzie możemy się spotkać więc powiedziałam mu o moim sekretnym miejscu. Jak się okazało to blondyn wiedział o nim. Teraz wszystko jasne. To jego obecność czułam. Chłopak powiedział mi jeszcze, że chce mi przedstawić osoby niemal tak fajne jak on. Na co wybuchłam śmiechem. Później się pożegnaliśmy i z uśmiechami na twarzy rozeszliśmy. Ja weszłam do domu, a chłopak poszedł do siebie.
~NASTEPNEGO DNIA~
Rozbudzona, ubrana w białą koszulkę z nadrukiem "Lose Yourself", czarne rurki i martensy, na dworze było ciepło, a ja chyba po raz pierwszy wyszłam z domu z uśmiechem na twarzy. To
wspaniale uczucie. Droga do szkoły minęła mi na rozmyślaniu, kiedy weszłam do budynku wróciłam do szarej rzeczywistości. Szmery, szepty i głupie śmiechy. Zbytnio się tym nie przejęłam bo to już jest rutyna. Codzienność. Przebrnęłam przez korytarz i podeszłam do swojej szafki. Chciałam wyciągnąć książki, kiedy nagle drzwiczki od szafki zatrzasnęły sie z hukiem, a ja przestraszona odskoczyłam . Spojrzałam w bok i kogo zobaczyłam? Jak zwykle tą parszywą mordę.
- Proszę, proszę, proszę nasza sierotka Marano. Co tam u ciebie słychać? Znowu siedziałaś zamknięta w pokoiku i słuchałaś tego dennego zespołu. Czekaj jak on się zwal... y... Metalak? - zapytał z głupim uśmieszkiem. Ok niech obraza mnie. Przywykłam, ale od moich idoli wara!
- Metallica patafianie! I odpierwiastkuj sie ode mnie, moich idoli, rodziny, życia i świata w jakim żyje! - krzyknęłam. Jednak on nic sobie z tego nie robił. Mało tego, złapał mnie za nadgarstki i przyszpilił do ściany. Zamknęłam oczy, po prostu się go bałam, kiedy poczułam, że chłopak zwolnił uścisk otworzyłam je. Widok kompletnie mnie zdziwił. Ross trzymał Taylora za kurtkę i tak samo przyparł go do ściany.
- Słuchaj, jeśli jeszcze raz zobaczę ciebie przy niej to pożałujesz. Gorzko, rozumiesz?! - blondyn mnie bronił. Może jestem głupia, bo mimo takiej sytuacji uśmiechnęłam się promiennie.
- O proszę obrońca uciśnionych się znalazł. Fajna ma dupę nie?
- Zamknij się szczylu. - wywarczał Ross tuż przy twarzy Clarka, po czym zawalił mu z kolanka TAM! Brunet upadł na podłogę, a blondyn podszedł do mnie. - Chodź maleńka, idziemy. - przytulił mnie do siebie, później objął w tali ręką i tak wyszliśmy z budynku. Wszyscy patrzyli na mnie zdziwieni i zaszokowani. No tak, w końcu Ross Lynch, gwiazda, zadaje się z taka ofiarą losu jaką jest Laura Marano. Ciekawie. Szliśmy w ciszy. Co chwile zerkałam na chłopaka. Miał zamyślony wyraz twarzy. Ciekawe co było powodem jego zadumy.
- Lau, to chodźmy tam koło dębu.
- Dobrze.- nim się obejrzałam byliśmy na miejscu. Zobaczyłam tam czterech chłopaków i jedną dziewczynę. Wystraszona spojrzałam na Rossa, a ten mrugnął do mnie ...i złapał za rękę, aby dodać mi otuchy. Podeszliśmy do nastolatków. Każdy przypatrywał mi się z zaciekawieniem. Nie powiem, trochę mnie to peszyło.
- Lauruś, poznaj moje rodzeństwo. To jest Riker, Rydel,Rocky, Ryland i przyjaciel rodziny oraz piaty członek R5 Ellington Ratliff.
- Milo mi was poznać. - uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę ku nim, ale oni chyba maja inne zwyczaje bo juz po chwili wszyscy mnie przytulali.
-Nam Ciebie też miło poznać. Nawet nie wiesz co to się wczoraj w domu działo. Ross wbiegł uradowany, zwołał naradę w salonie i zaczął się chwalić jaką on to fajną dziewczynę poznał.-
powiedział Rocky, ale zaraz sie zamknął spotykając sie z groźnym spojrzeniem młodszego brata. Tak zaczęła się nasza znajomość. Tego dnia poznałam wspaniałych ludzi. Spędziłam z nimi cały dzień, śmiejąc się i dobrze bawiąc. Przez kolejne dwa tygodnie byłam normalnie jak nie ja. Szczęśliwa, uśmiechnięta i nareszcie miałam poczucie, ze jestem komuś potrzebna. To dzięki tej wspanialej szóstce. A Ross? Chłopak był dla mnie opiekuńczy, troskliwy. Chciał spełniać każdą moją zachciankę. Delly powiedziała mi nawet, że zachowuje się tak kiedy dziewczyna mu się podoba i kiedy naprawdę mu na niej zależy. Jej słowa zmusiły mnie do refleksji. Czy on mi sie podoba? Jest przystojny, miły, opiekuńczy a co najważniejsze uratował mi życie. Tak ! Ross mi się podoba. Mało tego, ja go kocham. Łohoł! Kocham Rossa Lyncha! Boże! Ja kocham!
Kolejne dni spędzałam z przyjaciółmi. Starałam się ukrywać uczucia do Rossa, bo chyba nie podejdę do niego i nie powiem mu Hej Ross, wiesz tak jakoś po dwóch i pół tygodnia zakochałam się w Tobie. A tak w ogóle to co tam u Ciebie?.... bo wziąłby mnie za wariatkę. Jednak coś zaczęło się psuć. Blondyn unikał spotkania ze mną, dziwnie się zachowywał. Nie wiedziałam co było tego powodem. Czyżby już mnie nie lubił? Teraz też będzie mi tak ubliżał? Wołałabym chyba umrzeć, niż wysłuchiwać obelgi z ust osoby, która niegdyś była tak bliska memu sercu. Która uratowała mi życie i zmieniła je na coś lepszego. Dzisiaj jak zwykle wykonałam poranna toaletę, i zeszłam do kuchni, rozejrzałam się po niej, jak zwykle była ... pusta. Jednak coś przykuło moją uwagę. Była to karteczka. Nowa, różowa karteczka wisząca na lodowce od.... od rodziców?
Lau, przepraszamy, ze znowu nas nie ma, wiesz praca i te sprawy. Wiedz, że jak wrócisz do domu to będziemy na Ciebie czekać z niespodzianka. Rodzice.
Kilka zdań, a na mojej twarzy zagościł szczery uśmiech. Nareszcie odzyskałam rodziców. Przez cały dzień nic nie było w stanie zepsuć mi humoru. Byłam szczęśliwa. Szczęśliwa tak naprawdę. Nareszcie czułam, że wszystko będzie dobrze. Że wszystko będzie wspaniale. Jednak tak strasznie się pomyliłam....
Z uśmiechem weszłam do domu i krzyknęłam "JEEEEESTEM!". Z holu weszłam do salonu i zobaczyłam stertę pudeł i moją rodzinę krzątającą się po domu.
- C-C-co się tu dzieje?- wyjąkałam i pustym wzrokiem popatrzyłam po domownikach.
-To jest ta niespodzianka kochanie. Od dawna chcieliśmy się wyprowadzić, ale czekaliśmy aż Vanesska skończy nagrywać film. No to szybko idź się pakować. Wylatujemy jutro do Miami!- krzyknęła moja matka z entuzjazmem. Ale jak to wyjeżdżamy? Co z Rossem? Co z przyjaciółmi? CO Z MOIM SZCZESCIEM?! Łzy zaczęły płynąc mi po policzku, zaciekawiając moją siostrę i rodziców.
-Laura? Od kiedy Ty płaczesz?- ojciec był wielce zdziwiony
-Od kiedy? Od trzech lat codziennie! Nie zauważyliście innego stylu? Nie zauważyliście ran na nadgarstku? Nie zauważyliście, że codziennie mam opchnięte oczy?! Nie zauważyliście, ze od prawie trzech tygodni jestem naprawdę szczęśliwa?! Ach no tak! Jak mogliście, przecież was nigdy nie ma! Was interesuje Vanessa. Ale gdzie miejsce dla Laury?! Zapomnieliście, że macie drugą córkę? Teraz kiedy znalazłam przyjaciół, takich prawdziwych, teraz kiedy pokochałam WY to wszystko niszczycie! Nienawidzę was!!! - wykrzyczałam wszytko. Wszystko co leżało na moim sercu, które niedawno poskładane znowu rozkruszyło się na tyle kawałków ile to było możliwe. Wybieglam z domu. Płakałam? Nie ... ja zachodziłam się z płaczu. Teraz znowu wszystko zacznie się od nowa. Ta sama udręka i ta sama załamana i zamknięta w sobie dziewczyna. Telefony się urywały. To od rodziców, od Vanessy, albo od przyjaciół. Jednak ja to olałam. Włączyłam piosenkę Guns N'Roses -Don't Cry i zatraciłam się. Zamknęłam oczy i dokładnie wsłuchiwałam się w każde słowo piosenki. Odprężyłam się trochę. Spacerując tak po Los Angeles kompletnie strąciłam poczucie czasu. Kiedy piosenka po raz kolejny się skończyła, spojrzałam na telefon. Wow 23:50 i dwadzieścia pięć nie odebranych połączeń. Chyba czas wracać. Ostatni raz spojrzałam na to miasto i pożegnałam je kilkoma słonymi łzami znów płynącymi po moich bladych policzkach. Weszłam do domu cichutko i poszłam do swojego pokoju. Zobaczyłam tam już spakowane kartony. Wow, nawet zdążyli mnie spakować.
~ NASTĘPNEGO DNIA~
Juz od godziny byłam na nogach. Już od godziny sterczę nad mokrą od łez kartką i staram się napisać cokolwiek do moich przyjaciół. Dobra, dosyć! Wierzchem dłoni wytarłam ciecz i ostatecznie zaczęłam pisać :
Kochani!
Piszę list… wiem, że to starodawny sposób bo w końcu teraz są telefony i Internet ale ja chciałam zrobić to w tradycyjny sposób…. Niestety na rozmowę z wami nie było mnie stać, już teraz pisząc to jest mi bardzo ciężko… Zastanawiacie się pewnie o co mi chodzi? Otóż… chciałam się pożegnać. Wyjeżdżam i wątpię, żebym wróciła… Pamiętajcie, że ja nigdy o was nie zapomnę, w końcu jak bym mogła skoro jesteście najlepszym co mnie dotąd spotkało….
Przepraszam!
Na zawszę wasza Laura!
Po skończeniu zgięłam kartkę w perfekcyjny prostokącik i wsadziłam w kopertę. Zeszłam na dół i
zobaczyłam tam chłopaka na oko miał dwanaście lat.
- Psssyt. Hej mały chodź tu.- zawołałam, a ten niepewnie podszedł do mnie. Stanął przed moją osobą i zaczął mi się bacznie przygladać. Nie wiedziałam o co chodzi, aż dotknął moich policzków.
-Czemu pani płakała? Świat jest piękny, świeci słońce. Nie trzeba się smucić.- chłopczyk uśmiechnął się do mnie serdecznie.
-Dziękuję, to bardzo urocze. Mam do Ciebie taką mała prośbę. Czy wiesz gdzie mieszkają Lynchowie?- zapytałam na co mały przytaknął – A czy mógłbyś dać im ten list? To dla mnie bardzo ważne. Tu masz taką małą nagrodę. – dałam mu kopertę a zaraz po tym z kieszeni wyciągnęłam dwadzieścia dolarów.
-Nie! Proszę zatrzymać te pieniądze.- popatrzyłam na niego pytająco. Czy to znaczy, że im nie dostarczy? - Wystarczy, że się pani uśmiechnie. Pani buźka nie zasługuje takie oszpecenie smutkiem. – to co chłopczyk odpowiedział było miłe, a na usta mimowolnie uśmiech się wkradł.
- I tak lepiej. – odpowiedział i zaraz odjechał na swojej deskorolce, a ja wróciłam do pokoju.
- Laura, bierz walizki, jedziemy! – krzyknął z dołu mój ojciec. Złapałam za bagaże i stanęłam w progu swojego pokoju. Nagle poczułam, że ktoś mnie obejmuje ramieniem.
- Tam będzie Ci lepiej… zaczniesz od nowa, zobaczysz. -… Vanessa
- Nie Ty nic nie rozumiesz! Kiedy się otworzyłam, kiedy już zaczynałam być naprawdę szczęśliwa, wy to wszystko niszczycie! Dlaczego?
- Laura, ja…..
- Heh, tak myślałam…- wyszłam z pokoju zostawiając siostrę osłupiałą.
~PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ~
Przez całą drogę na lotnisko słuchałam muzyki i nic się nie odzywałam. Byłam pogrążona w myślach. Czy dostali już list? Jak na niego zareagowali? Czy będą mnie pamiętać? Co będzie dalej? Ehhh tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. Nie wiem też dlaczego Vanessa od naszej rozmowy ukradkiem spoglądała na mnie… przepraszająco? Tak chyba tak.
- Laura! Laura! LAURA! – poczułam szturchnie i usłyszałam krzyk siostry
-Czego?- zapytałam ze złością ściągając słuchawki z uszu, akurat leciało "Secondhand Serenade - Fall for you" !
- Wysiadamy. – popatrzyłam za okno. No tak, lotnisko… wysiadłam z auta, ja i Ness usiadłyśmy na krzesłach nie odzywając się do siebie, a rodzice poszli kupić bilety. To czekanie okazywało się wiecznością.
- Chodźcie.- rodzice podeszli do nas i wręczyli bilety. Mama, tata i Van szli z przodu, a ja wlekłam się za nimi najwolniej jak tylko umiałam.
-Laura, pośpiesz się! – krzyknął tata zatrzymując się.
- Dobra!- przyśpieszyłam, jednak po chwili zatrzymał mnie i moją rodzinę czyjś głos.
- LAU! STÓJ!- odwróciłam się i zobaczyłam Lynchów i Ella z Rossem na czele. Blondyn podbiegł do mnie i mocno przytulił. Nie Laura, tylko nie płacz!
- Błagam, nie zostawiaj mnie. Nie możesz!- szeptał do mojego ucha. Nie wytrzymałam, rozpłakałam się jak mała dziewczynka. W jego ramionach byłam taka krucha, chciałam w nich tkwić wieczność. Niestety po jakiś pięciu może dziesięciu minutach chłopak oderwał się ode mnie i najnormalniej w świecie pocałował. Czułam się jak księżniczka przy swoim księciu, który całował mnie z czułością, delikatnością, namiętnością, a co najważniejsze z miłością. Wielką, która biła od nas na kilometr. CHWILO TRWAJ!! Nie mogę określić jednak ile trwaliśmy w tym jakże cudownym pocałunku, gdy nagle chłopak oderwał się ode mnie.
- Kocham Cię! Bardzo. Najmocniej jak tylko mogę! – te jego oczka. Piękne oczka niczym płynna czekolada. Głupie porównanie ale są takie piękne i wypełnione miłością. Miłością do mnie.
-Też Cię kocham Ross. Najbardziej na świecie.- odpowiedziałam i stanęłam na palcach żeby cmoknąć chłopaka w usta, jednak on przytrzymał mnie i pogłębił pocałunek, dokładnie tak jakby chciał mnie tym zatrzymać. Co mogę więcej powiedzieć? Rozpływałam się po prostu.
- Brat, bo nam ją połkniesz! – głos Rikera oderwał nas od siebie. Spojrzałam na niego, a blondynek miał łzy w oczach. – Och moja maleńka Lau! Po pierwsze nie płaczę, tylko oczy mi się pocą. Po drugie: Kuźwa normalnie jakbym oglądał najbardziej romantyczne romansidło ever! – starszak przytulił mnie do siebie…bardzo…mocno.
-Riker!- krzyknęłam
-Tak, wiem, wiem, jestem słodki i uroczy, wręcz idealny
- Nie! Dusisz mnie! – zaśmiałam się, a przyjaciel momentalnie mnie puścił
-Przepraszam. Lau będziemy się kontaktować nie? Muszę utrzymywać kontakt z siostrzyczką. – Riker znów mnie przytulił, po chwili dołączyła do nas reszta i zrobiliśmy big hug.
- Lau, a ja się nie wstydzę i powiem Ci, że zbiera mi się na płacz. Heh, ale ze mnie mężczyzna nie? No nic…. Co ja chciałem… a tak! Tak strasznie będę tęsknił, przyjmij proszę tą paczkę żelek… wiesz moje ulubione i za każdym razem gdy będziesz myślała o mnie, o nas zjedz jedną. Jeśli paczka skończy Ci się szybko znaczy, ze często o nas myślisz… więc jeśli Ci się skończy napisz do mnie, wtedy wyślę Ci nową. – Rocky przytulił się do mnie, a ta przemowa z żelkami? To było mega słodkie. Rodzice i Vanessa nawet mieli łzy w oczach. Niestety wszystko ma swój koniec.
- Laura kończ się żegnać. Nie mamy czasu! – powiedziała ocierając łzy, no tak. Kobieta biznesu nie może pozwolić sobie na odrobinę czułości.
- Robaczku! Chodź do mnie!- krzyknął Ellington i przytulił mnie mocno do siebie.- A ja Ci daję moje szczęśliwe pałeczki do perkusji. Wiem, ze będą u Ciebie bezpieczne.
-Dziękuję.- kolejna była Rydel
- Mała dzwoń zawsze. O każdej porze dnia i nocy. Trzymaj się – przytuliłyśmy się i obie ryczałyśmy jak bobry.
-Hej! Nie zapomniałaś o kimś?
-Ryland, o Tobie na da się zapomnieć. Trzymaj się młody i myślę, że powinieneś powiedzieć Jess co czujesz.- kiedyś młody zwierzył mi się, że podoba mu się dziewczyna, ale boi się jej to wyznać. Myślę, że już czas.
- Dziękuję tak zrobię. – na koniec podszedł do mnie jeszcze raz Ross.
- Będę na Ciebie czekał. Nawet wieczność! Kocham Cię.- i znów te jego jedwabne usta, tak idealnie dopasowane do moich. Oderwałam się od niego i podeszłam do rodziny. Na odchodne odszepnęłam tu jeszcze Ja Ciebie też kochanie. Znów szłam za rodzicami, ale przyglądałam im się bacznie. Vanessa cały czas o czymś z nimi dyskutowała. W pewnym momencie tata zatrzymał się.
- Lau jesteś z nim szczęśliwa?- zapukał z poważną miną, a ja niepewnie kiwnęłam głową. – Naprawdę go kochasz? – tym razem niemal niesłyszalnie odpowiedziałam BARDZO, patrząc na swoje buty.- Więc na co czekasz? Lec do nich! – krzyknął, a ja z niedowierzeniem ale i z wielkim szczęściem popatrzyłam na niego.
- AAAAAAAA!!! DZIĘKUJĘ, dziękuję, dziękuję! – przytuliłam każdego z osobna i sprintem pobiegłam w miejsce gdzie żegnałam się z przyjaciółmi. Niestety nie mogłam ich nigdzie znaleźć, wtedy podeszłam do okna i zobaczyłam ich na dole. Szybko zbiegałam po schodach potrącając innych ludzi. Wybiegłam na dwór i widziałam jak blond czupryna Rossa chowa się we wnętrzu auta.
-ROSS! – krzyknęłam tyle ile miałam sił w płucach, na co chłopak wysiadł i spojrzał na mnie. Chyba nie wierzył, bo kilka razy przetarł oczy. Jednak kiedy zrozumiał, że nadal tu stoję podbiegł do mnie, przytulił i zaczął kręcić się ze mną wokół własnej osi.
-Laura! Co Ty tu robisz? A samolot?
- Nie wylatujemy. Zostaję, Zostaję z wami, z Tobą rozumiesz? Zostaję!
- Tak strasznie się cieszę.- blondyn znów chciał mnie pocałować, jednak przeszkodziło mu rodzeństwo i Ell.
- Wiedziałem, że to się tak nie może skończyć! Mówiłem?! Robaczek zostaje!- uradowany Ell złapał mnie za ręce i zaczął ze mną tańczyć, po chwili dołączyła do nas reszta. Nie obchodziło nas teraz to, że ludzie się patrzą i pewnie myślą Chyba uciekli z psychiatryka. Nie obchodziło nas to, ze jutro R5 pewnie będzie na okładkach różnych czasopism. Teraz liczyło się tylko nasze szczęście.
_______________
Kochani <3 udostępniamy wam takiego one shota. Jak wam się podoba? Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i się nie wynudziliście :)
Za wszystkie możliwe błędy przepraszam.
Pozdrawiamy Pysiek i Renia :*
Poniedziałek - znienawidzony dzień przez każdego. Jednak dla mnie to szczególna udręka. Początek tygodnia równa się szkoła. Szkoła równa się kolejne nieprzyjemności związane z rówieśnikami. Jak zwykle wykonałam poranna
toaletę i biorąc torbę z książkami zbiegłam po schodach na dół.
Jesteśmy już w pracy. Vanessa w studiu. Nie wiem co lubisz, wiec zjedz....coś.
~Mama~
Taa znowu ta sama karteczka. Ściągają ją z lodówki tylko w święta albo dni wole od roboty. Powinni sobie z tym tekstem zrobić pieczątkę! Mimo iż jestem przyzwyczajona do tego to i tak kilka zdradzieckich łez spłynęło po moim policzku . Nie Laura! Koniec z mazgajeniem sie! Jesteś silną niezależną kobietą! Dasz rade. - pomyślałam i jak co dzień zjadłam tylko jedno jabłko. To właśnie jadłospis na cały mój dzien. Co cóż, po prostu nie mam apetytu... Po skończonym "posiłku" ubrałam swoje czarne martensy i czarna skórzana kurtkę, a na ramie zarzuciłam torbę z logo Metallicy. Dwadzieścia minut później weszłam do szkoły i na samo "Dzień dobry " usłyszałam szepty dotyczące mojej osoby. Ta laska jest dziwna , "Satanistka czy co?!. Starałam sie to olewać jednak był to dopiero początek.
Stojąc przy szafce podszedł do mnie Tylor Clark. Moja gnębi dusza odkąd tylko pamiętam.
- Ooo proszę. Kogo my tu mamy. Naszą gwiazdkę. - zaczyna się. Postanowiłam zostawić jego zaczepkę bez komentarza. - No co nie odezwiesz się? Mamusia ci zakazała. Och czekaj! Zapomniałem, że twoi starzy mają cię gdzieś, traktują cię jak wyrzutka. Przejmują się tylko twoją siostrunią. W sumie też bym tak robił. Mają z kogo być dumni. Piękna i słodka aktorka w porównaniu do zidiocialego metalu! Żal mi cię Marano. - wiedział jaki jest mój czuły punkt. Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Naszczecie na nosie widniały okulary przeciw słoneczne. Strasznie bolało. Ale nie wiem co bardziej. Czy to, że powiedział mi to mój wróg przy całej szkole, czy to, że miał stu procentową rację.
- Odczep sie ode mnie! - krzyknęłam i wybiegłam ze szkoły, otoczona osobami szydzącymi ze mnie. Potrzebowałam samotności. Pobiegłam w miejsce nikomu nie znane. Kolo naszej szkoły jest taki lasek, idąc kawałek i skręcając w lewo jest takie jeziorko, a kolo niego stary dąb. Przychodzę to zawsze po takich akcjach. Usiadłam kolo drzewa i zaczęłam płakać. Wyciągnęłam I'phona i włączyłam piosenkę " Agnels cry- Red Jumpsuit Apparatus". Wtedy nie miałam pojęcia, ze ktoś oprócz mnie zna to miejsce i mnie obserwuje.
Koło godziny dwudziestej drugiej udałam się w drogę do domu. Było zimno, ciemno a do tego bardzo niebezpiecznie. Nie raz przez głowę przechodziła mi myśl O patrz jedzie auto. Rzuć sie pod nie! I tak nikt nie zatęskni i dobrze o tym wiesz! W sumie czemu nie. Kawałek dalej od mojego domu był stary most. Skoro mam już się zabić, to przynajmniej tak, żeby nie sprawić komuś kłopotu. Weszłam na ten most z ciągłym wrażeniem, że ktoś mnie obserwuje. Nie myliłam się. Puszczając się już barierki ktoś krzyknął.
- Nie! Czekaj nie rób tego. Proszę! - odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka. Przystojnego blondyna, dobrze zbudowany. Podchodził coraz bliżej a ja tak jakby stałam sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć. Kiedy blondyn był już przy mnie złapał mnie za ręce i pomógł przejść przez barierkę.
-Dlaczego chciałaś to zrobić? - zapytał patrząc mi się w oczy, które były zaszklone łzami. Co mam mu teraz powiedzieć? Okłamać? Prawdę? Tak! Decyduje się na prawdę.
-Jestem ofiarą losu...- od tych słów zaczęłam swoją historię. Opowiadałam ją chłopakowi roniąc przy tym coraz więcej łez. A on? On słuchał tego z zaciekawieniem. Miał troskę i przejecie wyraźnie
wymalowane w oczach. Widać było w nich to co dotąd było mi nieznane. Patrząc się w jego oczy
wkraczałam na głębokie i nieznane wody.
- Przepraszam. Ale proszę nigdy więcej nie myśl, że swoim odejściem komuś ulżysz i że nikt nie zauważy. Proszę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jaki ból i tęsknotę po sobie pozostawisz. Wyobraź sobie, że za każdym razem gdy jesteś smutna zabijasz człowieka. Ilu ludzi już zabiłaś? Takimi czynami czy słowami zabijasz ich jeszcze więcej i więcej. Teraz uśmiechem będziesz ich ratować. Masz ratować!! – podniósł głos przytulając mnie do siebie. Moje czarne od tuszu do rzęs łzy plamiły jego biało-czerwony t-shirt. - A tak w ogóle to jestem Lynch. Ross Lynch.- blondyn aby mnie rozśmieszyć parodiował Jamesa Bonda i poruszył dwukrotnie brwiami. Mimo stanu psychicznego w jakim się znajdowałam na moje usta wkradł sie uśmiech. - A Ty? Jak masz na imię śliczsłodko? - i znowu. Ten uśmiech. Dzięki niemu.
- Laura. Nie czekaj! Źle zaczęłam. Jeszcze raz. Marano. Laura Marano. - powiedziałam i tak samo jak on dwukrotnie poruszyłam brwiami. Ross zaśmiał się uroczo i mocniej przytulił do siebie.
- Jesteś cudowna. Wiesz mam propozycję. Co powiesz na to abyśmy byli Best friends forever? - zapytał i wystawił mały paluszek w moją stronę. Chwilę na niego patrzyłam bo nie wiedziałam czy mogę mu ufać. W końcu już tyle razy się zawiodłam…, zaraz jednak uścisnęłam go swoim paluszkiem i energicznie pokiwałam głową.
-Jest juz strasznie późno. - powiedziałam zerkając na ekran swojego smartphona. Rzeczywiście było juz grubo po dwudziestej trzeciej .
- Masz racje. Chodź Lau odprowadzę Cie do domu. Nie chce abyś wracała tak późno sama. - chłopak się troszczył. Wow jak ciężko do tego przywyknąć! No bo co to jest troska? To chyba interesowność drugim człowiekiem prawda? Oferowanie mu pomocy o każdej porze dnia i nocy. Opieka. No po prostu przejmowanie się kimś i czyimś losem. Nigdy nie sądziłam, ze ja: Zamknięta w sobie dziewczyna mogę sie tak otworzyć i zaufać obcemu. Z drugiej strony czuje, że Ross nie jest mi obcy. Czuje, że jest i będzie bliski mojemu sercu już zawsze. Doszliśmy pod moja posesje, wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy się na jutro po szkole. Ross nie miał pomysłu gdzie możemy się spotkać więc powiedziałam mu o moim sekretnym miejscu. Jak się okazało to blondyn wiedział o nim. Teraz wszystko jasne. To jego obecność czułam. Chłopak powiedział mi jeszcze, że chce mi przedstawić osoby niemal tak fajne jak on. Na co wybuchłam śmiechem. Później się pożegnaliśmy i z uśmiechami na twarzy rozeszliśmy. Ja weszłam do domu, a chłopak poszedł do siebie.
~NASTEPNEGO DNIA~
Rozbudzona, ubrana w białą koszulkę z nadrukiem "Lose Yourself", czarne rurki i martensy, na dworze było ciepło, a ja chyba po raz pierwszy wyszłam z domu z uśmiechem na twarzy. To
wspaniale uczucie. Droga do szkoły minęła mi na rozmyślaniu, kiedy weszłam do budynku wróciłam do szarej rzeczywistości. Szmery, szepty i głupie śmiechy. Zbytnio się tym nie przejęłam bo to już jest rutyna. Codzienność. Przebrnęłam przez korytarz i podeszłam do swojej szafki. Chciałam wyciągnąć książki, kiedy nagle drzwiczki od szafki zatrzasnęły sie z hukiem, a ja przestraszona odskoczyłam . Spojrzałam w bok i kogo zobaczyłam? Jak zwykle tą parszywą mordę.
- Proszę, proszę, proszę nasza sierotka Marano. Co tam u ciebie słychać? Znowu siedziałaś zamknięta w pokoiku i słuchałaś tego dennego zespołu. Czekaj jak on się zwal... y... Metalak? - zapytał z głupim uśmieszkiem. Ok niech obraza mnie. Przywykłam, ale od moich idoli wara!
- Metallica patafianie! I odpierwiastkuj sie ode mnie, moich idoli, rodziny, życia i świata w jakim żyje! - krzyknęłam. Jednak on nic sobie z tego nie robił. Mało tego, złapał mnie za nadgarstki i przyszpilił do ściany. Zamknęłam oczy, po prostu się go bałam, kiedy poczułam, że chłopak zwolnił uścisk otworzyłam je. Widok kompletnie mnie zdziwił. Ross trzymał Taylora za kurtkę i tak samo przyparł go do ściany.
- Słuchaj, jeśli jeszcze raz zobaczę ciebie przy niej to pożałujesz. Gorzko, rozumiesz?! - blondyn mnie bronił. Może jestem głupia, bo mimo takiej sytuacji uśmiechnęłam się promiennie.
- O proszę obrońca uciśnionych się znalazł. Fajna ma dupę nie?
- Zamknij się szczylu. - wywarczał Ross tuż przy twarzy Clarka, po czym zawalił mu z kolanka TAM! Brunet upadł na podłogę, a blondyn podszedł do mnie. - Chodź maleńka, idziemy. - przytulił mnie do siebie, później objął w tali ręką i tak wyszliśmy z budynku. Wszyscy patrzyli na mnie zdziwieni i zaszokowani. No tak, w końcu Ross Lynch, gwiazda, zadaje się z taka ofiarą losu jaką jest Laura Marano. Ciekawie. Szliśmy w ciszy. Co chwile zerkałam na chłopaka. Miał zamyślony wyraz twarzy. Ciekawe co było powodem jego zadumy.
- Lau, to chodźmy tam koło dębu.
- Dobrze.- nim się obejrzałam byliśmy na miejscu. Zobaczyłam tam czterech chłopaków i jedną dziewczynę. Wystraszona spojrzałam na Rossa, a ten mrugnął do mnie ...i złapał za rękę, aby dodać mi otuchy. Podeszliśmy do nastolatków. Każdy przypatrywał mi się z zaciekawieniem. Nie powiem, trochę mnie to peszyło.
- Lauruś, poznaj moje rodzeństwo. To jest Riker, Rydel,Rocky, Ryland i przyjaciel rodziny oraz piaty członek R5 Ellington Ratliff.
- Milo mi was poznać. - uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę ku nim, ale oni chyba maja inne zwyczaje bo juz po chwili wszyscy mnie przytulali.
-Nam Ciebie też miło poznać. Nawet nie wiesz co to się wczoraj w domu działo. Ross wbiegł uradowany, zwołał naradę w salonie i zaczął się chwalić jaką on to fajną dziewczynę poznał.-
powiedział Rocky, ale zaraz sie zamknął spotykając sie z groźnym spojrzeniem młodszego brata. Tak zaczęła się nasza znajomość. Tego dnia poznałam wspaniałych ludzi. Spędziłam z nimi cały dzień, śmiejąc się i dobrze bawiąc. Przez kolejne dwa tygodnie byłam normalnie jak nie ja. Szczęśliwa, uśmiechnięta i nareszcie miałam poczucie, ze jestem komuś potrzebna. To dzięki tej wspanialej szóstce. A Ross? Chłopak był dla mnie opiekuńczy, troskliwy. Chciał spełniać każdą moją zachciankę. Delly powiedziała mi nawet, że zachowuje się tak kiedy dziewczyna mu się podoba i kiedy naprawdę mu na niej zależy. Jej słowa zmusiły mnie do refleksji. Czy on mi sie podoba? Jest przystojny, miły, opiekuńczy a co najważniejsze uratował mi życie. Tak ! Ross mi się podoba. Mało tego, ja go kocham. Łohoł! Kocham Rossa Lyncha! Boże! Ja kocham!
Kolejne dni spędzałam z przyjaciółmi. Starałam się ukrywać uczucia do Rossa, bo chyba nie podejdę do niego i nie powiem mu Hej Ross, wiesz tak jakoś po dwóch i pół tygodnia zakochałam się w Tobie. A tak w ogóle to co tam u Ciebie?.... bo wziąłby mnie za wariatkę. Jednak coś zaczęło się psuć. Blondyn unikał spotkania ze mną, dziwnie się zachowywał. Nie wiedziałam co było tego powodem. Czyżby już mnie nie lubił? Teraz też będzie mi tak ubliżał? Wołałabym chyba umrzeć, niż wysłuchiwać obelgi z ust osoby, która niegdyś była tak bliska memu sercu. Która uratowała mi życie i zmieniła je na coś lepszego. Dzisiaj jak zwykle wykonałam poranna toaletę, i zeszłam do kuchni, rozejrzałam się po niej, jak zwykle była ... pusta. Jednak coś przykuło moją uwagę. Była to karteczka. Nowa, różowa karteczka wisząca na lodowce od.... od rodziców?
Lau, przepraszamy, ze znowu nas nie ma, wiesz praca i te sprawy. Wiedz, że jak wrócisz do domu to będziemy na Ciebie czekać z niespodzianka. Rodzice.
Kilka zdań, a na mojej twarzy zagościł szczery uśmiech. Nareszcie odzyskałam rodziców. Przez cały dzień nic nie było w stanie zepsuć mi humoru. Byłam szczęśliwa. Szczęśliwa tak naprawdę. Nareszcie czułam, że wszystko będzie dobrze. Że wszystko będzie wspaniale. Jednak tak strasznie się pomyliłam....
Z uśmiechem weszłam do domu i krzyknęłam "JEEEEESTEM!". Z holu weszłam do salonu i zobaczyłam stertę pudeł i moją rodzinę krzątającą się po domu.
- C-C-co się tu dzieje?- wyjąkałam i pustym wzrokiem popatrzyłam po domownikach.
-To jest ta niespodzianka kochanie. Od dawna chcieliśmy się wyprowadzić, ale czekaliśmy aż Vanesska skończy nagrywać film. No to szybko idź się pakować. Wylatujemy jutro do Miami!- krzyknęła moja matka z entuzjazmem. Ale jak to wyjeżdżamy? Co z Rossem? Co z przyjaciółmi? CO Z MOIM SZCZESCIEM?! Łzy zaczęły płynąc mi po policzku, zaciekawiając moją siostrę i rodziców.
-Laura? Od kiedy Ty płaczesz?- ojciec był wielce zdziwiony
-Od kiedy? Od trzech lat codziennie! Nie zauważyliście innego stylu? Nie zauważyliście ran na nadgarstku? Nie zauważyliście, że codziennie mam opchnięte oczy?! Nie zauważyliście, ze od prawie trzech tygodni jestem naprawdę szczęśliwa?! Ach no tak! Jak mogliście, przecież was nigdy nie ma! Was interesuje Vanessa. Ale gdzie miejsce dla Laury?! Zapomnieliście, że macie drugą córkę? Teraz kiedy znalazłam przyjaciół, takich prawdziwych, teraz kiedy pokochałam WY to wszystko niszczycie! Nienawidzę was!!! - wykrzyczałam wszytko. Wszystko co leżało na moim sercu, które niedawno poskładane znowu rozkruszyło się na tyle kawałków ile to było możliwe. Wybieglam z domu. Płakałam? Nie ... ja zachodziłam się z płaczu. Teraz znowu wszystko zacznie się od nowa. Ta sama udręka i ta sama załamana i zamknięta w sobie dziewczyna. Telefony się urywały. To od rodziców, od Vanessy, albo od przyjaciół. Jednak ja to olałam. Włączyłam piosenkę Guns N'Roses -Don't Cry i zatraciłam się. Zamknęłam oczy i dokładnie wsłuchiwałam się w każde słowo piosenki. Odprężyłam się trochę. Spacerując tak po Los Angeles kompletnie strąciłam poczucie czasu. Kiedy piosenka po raz kolejny się skończyła, spojrzałam na telefon. Wow 23:50 i dwadzieścia pięć nie odebranych połączeń. Chyba czas wracać. Ostatni raz spojrzałam na to miasto i pożegnałam je kilkoma słonymi łzami znów płynącymi po moich bladych policzkach. Weszłam do domu cichutko i poszłam do swojego pokoju. Zobaczyłam tam już spakowane kartony. Wow, nawet zdążyli mnie spakować.
~ NASTĘPNEGO DNIA~
Juz od godziny byłam na nogach. Już od godziny sterczę nad mokrą od łez kartką i staram się napisać cokolwiek do moich przyjaciół. Dobra, dosyć! Wierzchem dłoni wytarłam ciecz i ostatecznie zaczęłam pisać :
Kochani!
Piszę list… wiem, że to starodawny sposób bo w końcu teraz są telefony i Internet ale ja chciałam zrobić to w tradycyjny sposób…. Niestety na rozmowę z wami nie było mnie stać, już teraz pisząc to jest mi bardzo ciężko… Zastanawiacie się pewnie o co mi chodzi? Otóż… chciałam się pożegnać. Wyjeżdżam i wątpię, żebym wróciła… Pamiętajcie, że ja nigdy o was nie zapomnę, w końcu jak bym mogła skoro jesteście najlepszym co mnie dotąd spotkało….
Przepraszam!
Na zawszę wasza Laura!
Po skończeniu zgięłam kartkę w perfekcyjny prostokącik i wsadziłam w kopertę. Zeszłam na dół i
zobaczyłam tam chłopaka na oko miał dwanaście lat.
- Psssyt. Hej mały chodź tu.- zawołałam, a ten niepewnie podszedł do mnie. Stanął przed moją osobą i zaczął mi się bacznie przygladać. Nie wiedziałam o co chodzi, aż dotknął moich policzków.
-Czemu pani płakała? Świat jest piękny, świeci słońce. Nie trzeba się smucić.- chłopczyk uśmiechnął się do mnie serdecznie.
-Dziękuję, to bardzo urocze. Mam do Ciebie taką mała prośbę. Czy wiesz gdzie mieszkają Lynchowie?- zapytałam na co mały przytaknął – A czy mógłbyś dać im ten list? To dla mnie bardzo ważne. Tu masz taką małą nagrodę. – dałam mu kopertę a zaraz po tym z kieszeni wyciągnęłam dwadzieścia dolarów.
-Nie! Proszę zatrzymać te pieniądze.- popatrzyłam na niego pytająco. Czy to znaczy, że im nie dostarczy? - Wystarczy, że się pani uśmiechnie. Pani buźka nie zasługuje takie oszpecenie smutkiem. – to co chłopczyk odpowiedział było miłe, a na usta mimowolnie uśmiech się wkradł.
- I tak lepiej. – odpowiedział i zaraz odjechał na swojej deskorolce, a ja wróciłam do pokoju.
- Laura, bierz walizki, jedziemy! – krzyknął z dołu mój ojciec. Złapałam za bagaże i stanęłam w progu swojego pokoju. Nagle poczułam, że ktoś mnie obejmuje ramieniem.
- Tam będzie Ci lepiej… zaczniesz od nowa, zobaczysz. -… Vanessa
- Nie Ty nic nie rozumiesz! Kiedy się otworzyłam, kiedy już zaczynałam być naprawdę szczęśliwa, wy to wszystko niszczycie! Dlaczego?
- Laura, ja…..
- Heh, tak myślałam…- wyszłam z pokoju zostawiając siostrę osłupiałą.
~PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ~
Przez całą drogę na lotnisko słuchałam muzyki i nic się nie odzywałam. Byłam pogrążona w myślach. Czy dostali już list? Jak na niego zareagowali? Czy będą mnie pamiętać? Co będzie dalej? Ehhh tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. Nie wiem też dlaczego Vanessa od naszej rozmowy ukradkiem spoglądała na mnie… przepraszająco? Tak chyba tak.
- Laura! Laura! LAURA! – poczułam szturchnie i usłyszałam krzyk siostry
-Czego?- zapytałam ze złością ściągając słuchawki z uszu, akurat leciało "Secondhand Serenade - Fall for you" !
- Wysiadamy. – popatrzyłam za okno. No tak, lotnisko… wysiadłam z auta, ja i Ness usiadłyśmy na krzesłach nie odzywając się do siebie, a rodzice poszli kupić bilety. To czekanie okazywało się wiecznością.
- Chodźcie.- rodzice podeszli do nas i wręczyli bilety. Mama, tata i Van szli z przodu, a ja wlekłam się za nimi najwolniej jak tylko umiałam.
-Laura, pośpiesz się! – krzyknął tata zatrzymując się.
- Dobra!- przyśpieszyłam, jednak po chwili zatrzymał mnie i moją rodzinę czyjś głos.
- LAU! STÓJ!- odwróciłam się i zobaczyłam Lynchów i Ella z Rossem na czele. Blondyn podbiegł do mnie i mocno przytulił. Nie Laura, tylko nie płacz!
- Błagam, nie zostawiaj mnie. Nie możesz!- szeptał do mojego ucha. Nie wytrzymałam, rozpłakałam się jak mała dziewczynka. W jego ramionach byłam taka krucha, chciałam w nich tkwić wieczność. Niestety po jakiś pięciu może dziesięciu minutach chłopak oderwał się ode mnie i najnormalniej w świecie pocałował. Czułam się jak księżniczka przy swoim księciu, który całował mnie z czułością, delikatnością, namiętnością, a co najważniejsze z miłością. Wielką, która biła od nas na kilometr. CHWILO TRWAJ!! Nie mogę określić jednak ile trwaliśmy w tym jakże cudownym pocałunku, gdy nagle chłopak oderwał się ode mnie.
- Kocham Cię! Bardzo. Najmocniej jak tylko mogę! – te jego oczka. Piękne oczka niczym płynna czekolada. Głupie porównanie ale są takie piękne i wypełnione miłością. Miłością do mnie.
-Też Cię kocham Ross. Najbardziej na świecie.- odpowiedziałam i stanęłam na palcach żeby cmoknąć chłopaka w usta, jednak on przytrzymał mnie i pogłębił pocałunek, dokładnie tak jakby chciał mnie tym zatrzymać. Co mogę więcej powiedzieć? Rozpływałam się po prostu.
- Brat, bo nam ją połkniesz! – głos Rikera oderwał nas od siebie. Spojrzałam na niego, a blondynek miał łzy w oczach. – Och moja maleńka Lau! Po pierwsze nie płaczę, tylko oczy mi się pocą. Po drugie: Kuźwa normalnie jakbym oglądał najbardziej romantyczne romansidło ever! – starszak przytulił mnie do siebie…bardzo…mocno.
-Riker!- krzyknęłam
-Tak, wiem, wiem, jestem słodki i uroczy, wręcz idealny
- Nie! Dusisz mnie! – zaśmiałam się, a przyjaciel momentalnie mnie puścił
-Przepraszam. Lau będziemy się kontaktować nie? Muszę utrzymywać kontakt z siostrzyczką. – Riker znów mnie przytulił, po chwili dołączyła do nas reszta i zrobiliśmy big hug.
- Lau, a ja się nie wstydzę i powiem Ci, że zbiera mi się na płacz. Heh, ale ze mnie mężczyzna nie? No nic…. Co ja chciałem… a tak! Tak strasznie będę tęsknił, przyjmij proszę tą paczkę żelek… wiesz moje ulubione i za każdym razem gdy będziesz myślała o mnie, o nas zjedz jedną. Jeśli paczka skończy Ci się szybko znaczy, ze często o nas myślisz… więc jeśli Ci się skończy napisz do mnie, wtedy wyślę Ci nową. – Rocky przytulił się do mnie, a ta przemowa z żelkami? To było mega słodkie. Rodzice i Vanessa nawet mieli łzy w oczach. Niestety wszystko ma swój koniec.
- Laura kończ się żegnać. Nie mamy czasu! – powiedziała ocierając łzy, no tak. Kobieta biznesu nie może pozwolić sobie na odrobinę czułości.
- Robaczku! Chodź do mnie!- krzyknął Ellington i przytulił mnie mocno do siebie.- A ja Ci daję moje szczęśliwe pałeczki do perkusji. Wiem, ze będą u Ciebie bezpieczne.
-Dziękuję.- kolejna była Rydel
- Mała dzwoń zawsze. O każdej porze dnia i nocy. Trzymaj się – przytuliłyśmy się i obie ryczałyśmy jak bobry.
-Hej! Nie zapomniałaś o kimś?
-Ryland, o Tobie na da się zapomnieć. Trzymaj się młody i myślę, że powinieneś powiedzieć Jess co czujesz.- kiedyś młody zwierzył mi się, że podoba mu się dziewczyna, ale boi się jej to wyznać. Myślę, że już czas.
- Dziękuję tak zrobię. – na koniec podszedł do mnie jeszcze raz Ross.
- Będę na Ciebie czekał. Nawet wieczność! Kocham Cię.- i znów te jego jedwabne usta, tak idealnie dopasowane do moich. Oderwałam się od niego i podeszłam do rodziny. Na odchodne odszepnęłam tu jeszcze Ja Ciebie też kochanie. Znów szłam za rodzicami, ale przyglądałam im się bacznie. Vanessa cały czas o czymś z nimi dyskutowała. W pewnym momencie tata zatrzymał się.
- Lau jesteś z nim szczęśliwa?- zapukał z poważną miną, a ja niepewnie kiwnęłam głową. – Naprawdę go kochasz? – tym razem niemal niesłyszalnie odpowiedziałam BARDZO, patrząc na swoje buty.- Więc na co czekasz? Lec do nich! – krzyknął, a ja z niedowierzeniem ale i z wielkim szczęściem popatrzyłam na niego.
- AAAAAAAA!!! DZIĘKUJĘ, dziękuję, dziękuję! – przytuliłam każdego z osobna i sprintem pobiegłam w miejsce gdzie żegnałam się z przyjaciółmi. Niestety nie mogłam ich nigdzie znaleźć, wtedy podeszłam do okna i zobaczyłam ich na dole. Szybko zbiegałam po schodach potrącając innych ludzi. Wybiegłam na dwór i widziałam jak blond czupryna Rossa chowa się we wnętrzu auta.
-ROSS! – krzyknęłam tyle ile miałam sił w płucach, na co chłopak wysiadł i spojrzał na mnie. Chyba nie wierzył, bo kilka razy przetarł oczy. Jednak kiedy zrozumiał, że nadal tu stoję podbiegł do mnie, przytulił i zaczął kręcić się ze mną wokół własnej osi.
-Laura! Co Ty tu robisz? A samolot?
- Nie wylatujemy. Zostaję, Zostaję z wami, z Tobą rozumiesz? Zostaję!
- Tak strasznie się cieszę.- blondyn znów chciał mnie pocałować, jednak przeszkodziło mu rodzeństwo i Ell.
- Wiedziałem, że to się tak nie może skończyć! Mówiłem?! Robaczek zostaje!- uradowany Ell złapał mnie za ręce i zaczął ze mną tańczyć, po chwili dołączyła do nas reszta. Nie obchodziło nas teraz to, że ludzie się patrzą i pewnie myślą Chyba uciekli z psychiatryka. Nie obchodziło nas to, ze jutro R5 pewnie będzie na okładkach różnych czasopism. Teraz liczyło się tylko nasze szczęście.
_______________
Kochani <3 udostępniamy wam takiego one shota. Jak wam się podoba? Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i się nie wynudziliście :)
Za wszystkie możliwe błędy przepraszam.
Pozdrawiamy Pysiek i Renia :*
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Rozdział 85 cz.1
DEDYKACJA DLA :BLACK777 oraz NICKOLI LYNCH z bloga http://rossandlauranazawsze.blogspot.com/
3 dni później
*Narrator*
Ranek- w wielu domach to czas spokojnego rodzinnego śniadania, szykowania się do pracy, początek sprzątania, jednak w jednym domu potocznie nazywając go domem wariatów od bladego świtu dzieją się wariacje.
Jest to własnie sobotni poranek. U naszych wariatów (czyt. Lynchow) jest pobojowisko.
Rachel bawi się z dziadkiem. Stormie i Rydel pomagają Vanessie w przygotowaniach do ceremonii ślubnej. Paula i Monica szykują swoich kochasiów, Riker obgryza paznokcie z nerwów a Laura z Rossem starają się go uspokoić.
- Stary ogarnij się! - krzyknął roześmiany Ross
-A jak mnie zostawi? A jak ucieknie? A jak została podmieniona na złą bliźniaczkę z kosmosu? Czy to znaczy ze ożenię się z kosmitką? - zapytał łapiąc Lau za ramiona i potrząsając nią z tym szałem w oczach.
-Hahahaha wiesz fajnie, że za dużo nie myślisz. -brunetka zaśmiała się
-Ach ten sarkazm kotku! - Ross podszedł do swojej ukochanej i ucałował ja w policzek po czym objął ją w tali od tylu układając swoją głowę na jej ramieniu.
-Co mam robić? - zapytał basista
-Ok po pierwsze to się uspokoić! Po drugie oddychać! Zaskakujące jak szybko potrafisz tak zsinieć! Anyway. Po trzecie ubieraj się bo o dziesiątej podjeżdża po Ciebie auto a dziesięć po dziesiątej limuzyna po Van. Ceremonia zaczyna się dwadzieścia po. Nie spóźnij się! - Laura wydala komendy uważnie obserwując brata swojego ukochanego. Po swojej wypowiedzi złapała Rossa za rękę i wyszła z nim z pokoju. Następnym przystankiem pary był pokój Vanessy.
-Hej hej heeej! - krzyknęła uradowana osiemnastolatka- Jak tam siostra?
-Boje się. -powiedziała a do oczu zaczęły napływać jej łzy.
-To może my was zostawimy? Porozmawiajcie na spokojnie. - powiedział Ross i wychodząc z pokoju posłał swojej dziewczynie buziaka a ta udała, że go łapie.- Mama, Delly chodźcie.
-Van czego się boisz?
-Tego, że nie jestem gotowa. Że nie spełnię go jako żona i, że zawale sprawę jako matka. - powiedziała i wtuliła się w siostrę
-Kochanie to największa bzdura jaka kiedykolwiek słyszałam. Jesteście ze sobą długo i spełniałaś go. Do tej pory byłaś wzorową mamusią i teraz też taka będziesz. Przecież nic się nie zmienia, oprócz Twojego nazwiska i tego, że Riker legalnie będzie Twój. Słonko ten ślub to tylko formalność. -Laura każde słowo wypowiadała głośno i dobitnie by odpowiednio dotarło do Van.
-Dziękuję, jesteś wspaniała. -czarnowłosa uśmiechnęła się promiennie do siostrzyczki. -Boli mnie jeszcze to, ze nie ma przy mnie rodziców w najważniejszym dniu mojego życia.
-Vanessa ale oni tu przecież są. Nad nami. Tu na górze. Poza tym, przecież Rodzice Rossa traktują nas jak córki. Pora zacząć traktować ich jak rodziców. Nasi by tego chcieli.
-I znów masz racje siostrzyczko. Jak Ty to robisz, ze zawsze potrafisz powiedzieć coś co zawsze mi pomaga?
-Taki mój dar ,a jednocześnie wada ,że mówię to co myślę. - siostry znów się przytuliły jednak ten czuły gest przerwało pukanie do drzwi. Vanessa krzyknęła "proszę" i zaraz w pomieszczeniu znalazła się Stormie. Kobieta wyglądała ślicznie.
-Córeczko możemy porozmawiać? -zapytała niepewnie
-Oczywiście. -Vanessa zaprosiła swoją "mamę" do pokoju aby ta usiadła.
-To ja was zostawię. Obie pięknie wyglądacie. - powiedziała Laura i wychodząc usłyszała jeszcze głos mamy swojego chłopaka.
- Leć do Rossa bo chłopak umrze z tej tęsknoty na kanapie. - po czym usłyszała śmiechy.
*Oczami Laury*
Vanessa rozmawiają z Panią Stormie a ja zeszłam na dół do salonu gdzie siedział Pan Mark z Rachel i Ross.
-Dzień Dobry.- weszłam i przywitałam się z mam nadzieje przyszłym teściem.
-O Lauruś witaj. No no, pięknie wyglądasz. Mój synek wiedział komu oddać swoje serducho. - na te słowa popatrzyłam na Rossa który uparcie wpatrywał się w podłogę.
-Tak, ja też wiedziałam komu je oddaje. - podeszłam do blondyna i złapałam go za rękę po czym cmoknęłam go w nią. Natychmiast podniósł główkę i teraz jego czekoladowe oczka wpatrywały się we mnie. Niesłyszalnie szepnął najpiękniejsze słowa jakie są: "Kocham Cie", a ja się w niego wtuliłam.
- Achhh wyglądacie razem tak pięknie. Będę miał najlepsze synowe na świecie! -krzyknął uradowany Mark. Potem usiadł na kanapie i zaczął rozmawiać z synem a ja podeszłam do kojca w którym leżała moja siostrzenica. Wzięłam ją na ręce i zaczęłam nią kołysać na co ona słodko gaworzyła. W pewnym momencie wypadł mi smoczek, wiec chciałam się po niego schylić ale było mi strasznie ciężko. Ross widząc jak się trudzę wstał i podniósł smoczek po czym dał go małej i pstryknął ja delikatnie w nosek. Ten gest był naprawdę uroczy. Podniosłam głowę i popatrzyłam w górę gdyż chłopak jest ode mnie sporo wyższy. Blondyn oderwał wzrok od Rachel i spojrzał na mnie oraz cmoknął mnie w usta. Po tym znów bawił się z bratanicą, a ja nadal patrzyłam na niego. Z letargu wyrwał mnie głos Marka.
-Awwww! Tak, jestem facetem, ale wy jesteście tacy słodcy. Będziecie cudownymi rodzicami, a ja nie mogę doczekać się wnuka wiec może weźmiecie się do roboty? - zapytał ze śmiechem a ja wytrzeszczyłam oczy i spaliłam buraka.
-No co się tak patrzysz Lau? Chyba tłumaczyć wam nie muszę jak to się robi, ale jak chcecie to usiądźcie. Wiec zaczyna się od....
-Nie! nie tato, dziękujemy! - ufff całe szczęście Ross odzyskał zimną krew bo ja jakoś nie mogę się otrząsnąć. - Wiemy co i jak, a poza tym jesteśmy młodzi. Mamy czas. Teraz też trzeba się zająć R5, wystarczy już, że Riker ma dziecko. - chwila.... Czy to oznacza, ze kariera jest ważniejsza dla Rossa od rodziny? Nieeeee, pewnie przesadzam. Wracając.
-Ross może pójdziemy poćwiczyć piosenkę? Pamiętasz, że mamy śpiewać? -zapytałam
-Tak kochanie, pamiętam o tej niespodziance dla naszej pary. -złapał mnie za rękę i poprowadził do salki muzycznej. To tu zazwyczaj odbywają się próby zespołu kochanego przez tak wiele ludzi, nastolatków, PIĘKNYCH DZIEWCZYN. Stop Laura! Znowu dramatyzujesz.
-Lau? Laura? Laura! -Ross krzyknął mi do ucha.
-C-co? - popatrzyłam na niego zdezorientowana.
-Zamyśliłaś się. To co śpiewamy? - przytaknęłam głową i zaczęła się nasza próba.
*Oczami Pauli*
-Rocky, ale ja mam niebieską sukienkę wiec musisz założyć niebieski krawat! - już od piętnastu minut kłóce się z tym osiołkiem jaki krawat ma założyć.
-Pauluś, ale zrozum, że ja wole czarny.
- Rockuś ale jak to będzie wyglądało? Laura ma czerwoną sukienkę i jakoś Ross założył czerwony krawat. Monika ma różową, a jakoś Ryland założył różowy.
-Ale oni wszyscy maja czarne graniaki!
-Ty masz za to granatowy więc będzie Ci pasował niebieski!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Dobra!
-Nie! ... Chwila... Co? - zapytał nierozumiejący.
-Dobra! Zakładaj czarny ale nie idziemy tam jako para. - powiedziałam z chytrym uśmieszkiem. Co jak co ale ja wiem jak na niego wpłynąć.
-Ygh dobra! Dawaj go! - powiedział zrezygnowany i już po chwili miał go na sobie.
-Wyglądasz seksownie. -powiedziałam i pocałowałam go w usta. Pocałunek przerwał Riker.
-Rocky, Paula jesteście świadkami więc jedziecie ze mną, tak samo jak Ross i Lau. Dawać bo auto już czeka. -Powiedział spokojnie i zbiegł na dół po naszą Raure.
Dziesięć minut później byliśmy już pod kościołem. Ja i Rocky czekaliśmy przytuleni do siebie. Riker czekał w kościele, a Ross i Lau całowali się. Ci to dopiero są w sobie zakochani. Stoją pod kościołem a jednak nie przeszkadza im to w okazywaniu uczuć. Skubani. Nagle usłyszeliśmy wrzaski i klakson samochodowy.
*Narrator*
Wszyscy goście wpatrywali się w czarną limuzynę z której kolejno wysiedli Delly, Ellington, Monika, Ryland, pani Stormie na rekach z Rachel, a na końcu pan Mark, który pomógł wysiąść Ness. Pomachała wszystkim zebranym na placu i pod rękę z Markiem weszła do kościoła. Z nimi podążyła reszta gości. Rozległ się "Marsz Mandelsona". Riker odwrócił się od ołtarza a na jego twarzy zagościł piękny i szczery uśmiech. Mężczyzna był bardzo szczęśliwy. Wiedział, że poszczęściło mu się w życiu. Piękna narzeczona, która zaraz wypowie mu sakramentalne "tak" i zostanie jego żona, urocza i cudowna córeczka oraz wspaniali rodzice, przyjaciele i rodzeństwo. Czego chcieć więcej? Jemu nic już nie było potrzebne, właśnie był na drodze by osiągnąć pełne szczęście. Wraz z szczerym i pełnym miłości spojrzeniem Vanessy, blondyna opuściły wszystkie obawy. Muzyka się zakończyła, a kobieta ustawiła się tuż przy mężczyźnie swojego życia. Obok nich stanęli świadkowie. Pary również posyłały sobie pełne miłości spojrzenia.
Jakiś czas później przyszedł kluczowy moment. Przysięga, to jedyna chwila której obie strony się obawiały. W ich głowach plątały się rożne myśli. Dlaczego akurat teraz ich mózgi tworzyły czarne scenariusze?!
-Czy Ty Vanesso Nicole Marano bierzesz sobie tego tu Rikera Antony'ego Lyncha za męża? -na twarzy dziewczyny widać było tą plontaninę uczuć. Milczała przez chwile, wywołując trochę grozy u wszystkich zebranych, jednak po chwili uśmiechnęła się dumnie i dobitnie oraz pewnie odpowiedziała:
-Tak biorę! - puściła oczko swojemu partnerowi.
-Czy Ty Rikerze Antony Lynch bierzesz sobie ta tu Vanesse Nicole Marano za żonę? - tu jednak nie było ani grama zawahania, chłopak niemalże od razu odpowiedział:
-Tak biorę!
-Wiec ogłaszam was mężem i żoną. - Ksiądz zwrócił się do Blondyna : - Możesz pocałować pannę młodą! - młode małżeństwo zachłannie wpiło się w swoje usta. Teraz byli szczęśliwi, co ja gadam? Byli najszczęśliwsi! Tacy własnie wybiegli z kościoła a tuż za nimi goście. Każdy wpakował się do swojego auta i pojechali na miejsce wesela. Mała Rachel oczywiście jechała z rodzicami. Niby taka mała kruszynka ale myślę, że rozumiała jak bardzo wszyscy są szczęśliwi. Ona też była.
~Godzina później~
Weselny klimat! Wszyscy tańczą, cieszą się. Akurat leciała piosenka Secondhand Serenade- Fall for You. Małżeństwo tańczyło na środku sali mając pomiędzy sobą swoją córeczkę. Ross i Laura tańczyli przytulanego patrząc w swoje oczy. Rodzice Pauli i Moniki oraz państwo Lynch również tańczyli wolnego ciesząc się sobą, Rocky i Paula oraz Monika i Ryland stali przytuleni do siebie i całowali się. Rydel i Ellington kołysali się przytuleni do siebie podśpiewując słowa piosenki. Cieszyli się swoją obecnością, szczęściem swoich bliskich a co najważniejsze swoim szczęściem. To jest własnie miłość. Nie taka na pokaz, tylko taka aby była tylko nasza.
*Oczami Rossa*
-Kocham Cię Laura! I zawsze będę. Czuję, że muszę Ci to powiedzieć. Po prostu jesteś dla mnie najważniejsza. Byłaś, jesteś i zawsze będziesz. - powiedziałem i pocałowałem moją ukochaną prosto w jej cudowne usteczka.
-Też Cię kocham słoneczko. Najmocniej. - wtuliła się we mnie taka cieplutka, taka bezbronna. Nie mam ochoty jej puszczać, niestety piosenka się już skończyła i teraz przyszedł czas na niespodziankę od nas na nowożeńców. Pociągnąłem dziewczynę na scenę i porwałem dwa mikrofony.
-Teraz na środek sali zapraszam mojego brata i jego piękną żonę. - para popatrzyła na nas zdezorientowana.
- Teraz czas na wasz taniec, gdzie liczycie się tylko wy i nikt więcej. - dokończyła Laura i spojrzeniem dała mi znak, że pora zacząć. Sekundę później w głośnikach rozległ się jej cudowny głos w piosence You Can Come To Me.
My wpatrywaliśmy się w siebie, goście w nas oraz jedyną tańczącą parę , a Riker i Van nie widzieli nic innego poza sobą. Myślę, że niespodzianka się udała.
Piosenka dobiegła końca, a goście byli wzruszeni. Na sali rozległy się brawa. Ukłoniliśmy się i zeszliśmy ze sceny.
-Ross idę po coś do picia. -Laura podeszła do mnie i ucałowała w policzek.
-Kochanie tylko nie alkohol.
-Spokojnie, idę tylko po wodę. - uśmiechnęła się i odeszła. Nie chcąc się nudzić i czekać na Lau podeszłem do braci i zaczęliśmy rozmawiać.
*Oczami Laury*
Rossiek czasami mnie mocno bawi swoją nadopiekuńczością, ale co zrobić? Kocha mnie to się troszczy, z resztą jak tak teraz myślę to bywałam gorsza. Rozmyślając tak doszłam do stolika na nalałam sobie wody do szklanki. Stojąc tak przy stoliku podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Ciemne włosy, zielone oczy, ubrany w elegancki czarny garnitur. Uśmiechnął się i wystawił rękę ku mnie. Odłożyłam szklankę i podałam dłoń facetowi. Ucałował ja delikatnie i przedstawił się.
-Witam. Nazywam się Marshall Brown. I mam dla pani ....
________________
Kochani! Tak strasznie nam wstyd. Od , ale proszę zrozumcie, że szkoła. Jeszcze teraz zakończenie roku, dużo zamieszana, poprawianie ocen. Przepraszamy,ż od długiego czasu nie było rozdziału a teraz wyskakujemy wam z takim czymś :( Przepraszamy was naprawdę . Prosimy wybaczcie.
Mamy nadzieje, ze wam się spodoba.... To.
Zachęcamy aby opinie napisać w komentarzu czy do nas na prywatny kontakt. Naprawdę nie gryziemy :)
Pozdrawiamy Pysiek i Renia :)
3 dni później
*Narrator*
Ranek- w wielu domach to czas spokojnego rodzinnego śniadania, szykowania się do pracy, początek sprzątania, jednak w jednym domu potocznie nazywając go domem wariatów od bladego świtu dzieją się wariacje.
Jest to własnie sobotni poranek. U naszych wariatów (czyt. Lynchow) jest pobojowisko.
Rachel bawi się z dziadkiem. Stormie i Rydel pomagają Vanessie w przygotowaniach do ceremonii ślubnej. Paula i Monica szykują swoich kochasiów, Riker obgryza paznokcie z nerwów a Laura z Rossem starają się go uspokoić.
- Stary ogarnij się! - krzyknął roześmiany Ross
-A jak mnie zostawi? A jak ucieknie? A jak została podmieniona na złą bliźniaczkę z kosmosu? Czy to znaczy ze ożenię się z kosmitką? - zapytał łapiąc Lau za ramiona i potrząsając nią z tym szałem w oczach.
-Hahahaha wiesz fajnie, że za dużo nie myślisz. -brunetka zaśmiała się
-Ach ten sarkazm kotku! - Ross podszedł do swojej ukochanej i ucałował ja w policzek po czym objął ją w tali od tylu układając swoją głowę na jej ramieniu.
-Co mam robić? - zapytał basista
-Ok po pierwsze to się uspokoić! Po drugie oddychać! Zaskakujące jak szybko potrafisz tak zsinieć! Anyway. Po trzecie ubieraj się bo o dziesiątej podjeżdża po Ciebie auto a dziesięć po dziesiątej limuzyna po Van. Ceremonia zaczyna się dwadzieścia po. Nie spóźnij się! - Laura wydala komendy uważnie obserwując brata swojego ukochanego. Po swojej wypowiedzi złapała Rossa za rękę i wyszła z nim z pokoju. Następnym przystankiem pary był pokój Vanessy.
-Hej hej heeej! - krzyknęła uradowana osiemnastolatka- Jak tam siostra?
-Boje się. -powiedziała a do oczu zaczęły napływać jej łzy.
-To może my was zostawimy? Porozmawiajcie na spokojnie. - powiedział Ross i wychodząc z pokoju posłał swojej dziewczynie buziaka a ta udała, że go łapie.- Mama, Delly chodźcie.
-Van czego się boisz?
-Tego, że nie jestem gotowa. Że nie spełnię go jako żona i, że zawale sprawę jako matka. - powiedziała i wtuliła się w siostrę
-Kochanie to największa bzdura jaka kiedykolwiek słyszałam. Jesteście ze sobą długo i spełniałaś go. Do tej pory byłaś wzorową mamusią i teraz też taka będziesz. Przecież nic się nie zmienia, oprócz Twojego nazwiska i tego, że Riker legalnie będzie Twój. Słonko ten ślub to tylko formalność. -Laura każde słowo wypowiadała głośno i dobitnie by odpowiednio dotarło do Van.
-Dziękuję, jesteś wspaniała. -czarnowłosa uśmiechnęła się promiennie do siostrzyczki. -Boli mnie jeszcze to, ze nie ma przy mnie rodziców w najważniejszym dniu mojego życia.
-Vanessa ale oni tu przecież są. Nad nami. Tu na górze. Poza tym, przecież Rodzice Rossa traktują nas jak córki. Pora zacząć traktować ich jak rodziców. Nasi by tego chcieli.
-I znów masz racje siostrzyczko. Jak Ty to robisz, ze zawsze potrafisz powiedzieć coś co zawsze mi pomaga?
-Taki mój dar ,a jednocześnie wada ,że mówię to co myślę. - siostry znów się przytuliły jednak ten czuły gest przerwało pukanie do drzwi. Vanessa krzyknęła "proszę" i zaraz w pomieszczeniu znalazła się Stormie. Kobieta wyglądała ślicznie.
-Córeczko możemy porozmawiać? -zapytała niepewnie
-Oczywiście. -Vanessa zaprosiła swoją "mamę" do pokoju aby ta usiadła.
-To ja was zostawię. Obie pięknie wyglądacie. - powiedziała Laura i wychodząc usłyszała jeszcze głos mamy swojego chłopaka.
- Leć do Rossa bo chłopak umrze z tej tęsknoty na kanapie. - po czym usłyszała śmiechy.
*Oczami Laury*
Vanessa rozmawiają z Panią Stormie a ja zeszłam na dół do salonu gdzie siedział Pan Mark z Rachel i Ross.
-Dzień Dobry.- weszłam i przywitałam się z mam nadzieje przyszłym teściem.
-O Lauruś witaj. No no, pięknie wyglądasz. Mój synek wiedział komu oddać swoje serducho. - na te słowa popatrzyłam na Rossa który uparcie wpatrywał się w podłogę.
-Tak, ja też wiedziałam komu je oddaje. - podeszłam do blondyna i złapałam go za rękę po czym cmoknęłam go w nią. Natychmiast podniósł główkę i teraz jego czekoladowe oczka wpatrywały się we mnie. Niesłyszalnie szepnął najpiękniejsze słowa jakie są: "Kocham Cie", a ja się w niego wtuliłam.
- Achhh wyglądacie razem tak pięknie. Będę miał najlepsze synowe na świecie! -krzyknął uradowany Mark. Potem usiadł na kanapie i zaczął rozmawiać z synem a ja podeszłam do kojca w którym leżała moja siostrzenica. Wzięłam ją na ręce i zaczęłam nią kołysać na co ona słodko gaworzyła. W pewnym momencie wypadł mi smoczek, wiec chciałam się po niego schylić ale było mi strasznie ciężko. Ross widząc jak się trudzę wstał i podniósł smoczek po czym dał go małej i pstryknął ja delikatnie w nosek. Ten gest był naprawdę uroczy. Podniosłam głowę i popatrzyłam w górę gdyż chłopak jest ode mnie sporo wyższy. Blondyn oderwał wzrok od Rachel i spojrzał na mnie oraz cmoknął mnie w usta. Po tym znów bawił się z bratanicą, a ja nadal patrzyłam na niego. Z letargu wyrwał mnie głos Marka.
-Awwww! Tak, jestem facetem, ale wy jesteście tacy słodcy. Będziecie cudownymi rodzicami, a ja nie mogę doczekać się wnuka wiec może weźmiecie się do roboty? - zapytał ze śmiechem a ja wytrzeszczyłam oczy i spaliłam buraka.
-No co się tak patrzysz Lau? Chyba tłumaczyć wam nie muszę jak to się robi, ale jak chcecie to usiądźcie. Wiec zaczyna się od....
-Nie! nie tato, dziękujemy! - ufff całe szczęście Ross odzyskał zimną krew bo ja jakoś nie mogę się otrząsnąć. - Wiemy co i jak, a poza tym jesteśmy młodzi. Mamy czas. Teraz też trzeba się zająć R5, wystarczy już, że Riker ma dziecko. - chwila.... Czy to oznacza, ze kariera jest ważniejsza dla Rossa od rodziny? Nieeeee, pewnie przesadzam. Wracając.
-Ross może pójdziemy poćwiczyć piosenkę? Pamiętasz, że mamy śpiewać? -zapytałam
-Tak kochanie, pamiętam o tej niespodziance dla naszej pary. -złapał mnie za rękę i poprowadził do salki muzycznej. To tu zazwyczaj odbywają się próby zespołu kochanego przez tak wiele ludzi, nastolatków, PIĘKNYCH DZIEWCZYN. Stop Laura! Znowu dramatyzujesz.
-Lau? Laura? Laura! -Ross krzyknął mi do ucha.
-C-co? - popatrzyłam na niego zdezorientowana.
-Zamyśliłaś się. To co śpiewamy? - przytaknęłam głową i zaczęła się nasza próba.
*Oczami Pauli*
-Rocky, ale ja mam niebieską sukienkę wiec musisz założyć niebieski krawat! - już od piętnastu minut kłóce się z tym osiołkiem jaki krawat ma założyć.
-Pauluś, ale zrozum, że ja wole czarny.
- Rockuś ale jak to będzie wyglądało? Laura ma czerwoną sukienkę i jakoś Ross założył czerwony krawat. Monika ma różową, a jakoś Ryland założył różowy.
-Ale oni wszyscy maja czarne graniaki!
-Ty masz za to granatowy więc będzie Ci pasował niebieski!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Dobra!
-Nie! ... Chwila... Co? - zapytał nierozumiejący.
-Dobra! Zakładaj czarny ale nie idziemy tam jako para. - powiedziałam z chytrym uśmieszkiem. Co jak co ale ja wiem jak na niego wpłynąć.
-Ygh dobra! Dawaj go! - powiedział zrezygnowany i już po chwili miał go na sobie.
-Wyglądasz seksownie. -powiedziałam i pocałowałam go w usta. Pocałunek przerwał Riker.
-Rocky, Paula jesteście świadkami więc jedziecie ze mną, tak samo jak Ross i Lau. Dawać bo auto już czeka. -Powiedział spokojnie i zbiegł na dół po naszą Raure.
Dziesięć minut później byliśmy już pod kościołem. Ja i Rocky czekaliśmy przytuleni do siebie. Riker czekał w kościele, a Ross i Lau całowali się. Ci to dopiero są w sobie zakochani. Stoją pod kościołem a jednak nie przeszkadza im to w okazywaniu uczuć. Skubani. Nagle usłyszeliśmy wrzaski i klakson samochodowy.
*Narrator*
Wszyscy goście wpatrywali się w czarną limuzynę z której kolejno wysiedli Delly, Ellington, Monika, Ryland, pani Stormie na rekach z Rachel, a na końcu pan Mark, który pomógł wysiąść Ness. Pomachała wszystkim zebranym na placu i pod rękę z Markiem weszła do kościoła. Z nimi podążyła reszta gości. Rozległ się "Marsz Mandelsona". Riker odwrócił się od ołtarza a na jego twarzy zagościł piękny i szczery uśmiech. Mężczyzna był bardzo szczęśliwy. Wiedział, że poszczęściło mu się w życiu. Piękna narzeczona, która zaraz wypowie mu sakramentalne "tak" i zostanie jego żona, urocza i cudowna córeczka oraz wspaniali rodzice, przyjaciele i rodzeństwo. Czego chcieć więcej? Jemu nic już nie było potrzebne, właśnie był na drodze by osiągnąć pełne szczęście. Wraz z szczerym i pełnym miłości spojrzeniem Vanessy, blondyna opuściły wszystkie obawy. Muzyka się zakończyła, a kobieta ustawiła się tuż przy mężczyźnie swojego życia. Obok nich stanęli świadkowie. Pary również posyłały sobie pełne miłości spojrzenia.
Jakiś czas później przyszedł kluczowy moment. Przysięga, to jedyna chwila której obie strony się obawiały. W ich głowach plątały się rożne myśli. Dlaczego akurat teraz ich mózgi tworzyły czarne scenariusze?!
-Czy Ty Vanesso Nicole Marano bierzesz sobie tego tu Rikera Antony'ego Lyncha za męża? -na twarzy dziewczyny widać było tą plontaninę uczuć. Milczała przez chwile, wywołując trochę grozy u wszystkich zebranych, jednak po chwili uśmiechnęła się dumnie i dobitnie oraz pewnie odpowiedziała:
-Tak biorę! - puściła oczko swojemu partnerowi.
-Czy Ty Rikerze Antony Lynch bierzesz sobie ta tu Vanesse Nicole Marano za żonę? - tu jednak nie było ani grama zawahania, chłopak niemalże od razu odpowiedział:
-Tak biorę!
-Wiec ogłaszam was mężem i żoną. - Ksiądz zwrócił się do Blondyna : - Możesz pocałować pannę młodą! - młode małżeństwo zachłannie wpiło się w swoje usta. Teraz byli szczęśliwi, co ja gadam? Byli najszczęśliwsi! Tacy własnie wybiegli z kościoła a tuż za nimi goście. Każdy wpakował się do swojego auta i pojechali na miejsce wesela. Mała Rachel oczywiście jechała z rodzicami. Niby taka mała kruszynka ale myślę, że rozumiała jak bardzo wszyscy są szczęśliwi. Ona też była.
~Godzina później~
Weselny klimat! Wszyscy tańczą, cieszą się. Akurat leciała piosenka Secondhand Serenade- Fall for You. Małżeństwo tańczyło na środku sali mając pomiędzy sobą swoją córeczkę. Ross i Laura tańczyli przytulanego patrząc w swoje oczy. Rodzice Pauli i Moniki oraz państwo Lynch również tańczyli wolnego ciesząc się sobą, Rocky i Paula oraz Monika i Ryland stali przytuleni do siebie i całowali się. Rydel i Ellington kołysali się przytuleni do siebie podśpiewując słowa piosenki. Cieszyli się swoją obecnością, szczęściem swoich bliskich a co najważniejsze swoim szczęściem. To jest własnie miłość. Nie taka na pokaz, tylko taka aby była tylko nasza.
*Oczami Rossa*
-Kocham Cię Laura! I zawsze będę. Czuję, że muszę Ci to powiedzieć. Po prostu jesteś dla mnie najważniejsza. Byłaś, jesteś i zawsze będziesz. - powiedziałem i pocałowałem moją ukochaną prosto w jej cudowne usteczka.
-Też Cię kocham słoneczko. Najmocniej. - wtuliła się we mnie taka cieplutka, taka bezbronna. Nie mam ochoty jej puszczać, niestety piosenka się już skończyła i teraz przyszedł czas na niespodziankę od nas na nowożeńców. Pociągnąłem dziewczynę na scenę i porwałem dwa mikrofony.
-Teraz na środek sali zapraszam mojego brata i jego piękną żonę. - para popatrzyła na nas zdezorientowana.
- Teraz czas na wasz taniec, gdzie liczycie się tylko wy i nikt więcej. - dokończyła Laura i spojrzeniem dała mi znak, że pora zacząć. Sekundę później w głośnikach rozległ się jej cudowny głos w piosence You Can Come To Me.
My wpatrywaliśmy się w siebie, goście w nas oraz jedyną tańczącą parę , a Riker i Van nie widzieli nic innego poza sobą. Myślę, że niespodzianka się udała.
Piosenka dobiegła końca, a goście byli wzruszeni. Na sali rozległy się brawa. Ukłoniliśmy się i zeszliśmy ze sceny.
-Ross idę po coś do picia. -Laura podeszła do mnie i ucałowała w policzek.
-Kochanie tylko nie alkohol.
-Spokojnie, idę tylko po wodę. - uśmiechnęła się i odeszła. Nie chcąc się nudzić i czekać na Lau podeszłem do braci i zaczęliśmy rozmawiać.
*Oczami Laury*
Rossiek czasami mnie mocno bawi swoją nadopiekuńczością, ale co zrobić? Kocha mnie to się troszczy, z resztą jak tak teraz myślę to bywałam gorsza. Rozmyślając tak doszłam do stolika na nalałam sobie wody do szklanki. Stojąc tak przy stoliku podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Ciemne włosy, zielone oczy, ubrany w elegancki czarny garnitur. Uśmiechnął się i wystawił rękę ku mnie. Odłożyłam szklankę i podałam dłoń facetowi. Ucałował ja delikatnie i przedstawił się.
-Witam. Nazywam się Marshall Brown. I mam dla pani ....
________________
Kochani! Tak strasznie nam wstyd. Od , ale proszę zrozumcie, że szkoła. Jeszcze teraz zakończenie roku, dużo zamieszana, poprawianie ocen. Przepraszamy,ż od długiego czasu nie było rozdziału a teraz wyskakujemy wam z takim czymś :( Przepraszamy was naprawdę . Prosimy wybaczcie.
Mamy nadzieje, ze wam się spodoba.... To.
Zachęcamy aby opinie napisać w komentarzu czy do nas na prywatny kontakt. Naprawdę nie gryziemy :)
Pozdrawiamy Pysiek i Renia :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)